czwartek, 24 maja 2012

Był szary, listopadowy dzień, kiedy pudło pojawiło się przy podwórkowym śmietniku. Było ogromne, szare z niebieskim napisem AGD na boku. Od razu zwróciło uwagę dzieci.
- kolorowe pudełko- powiedział Kuba i uśmiechnął się szeroko.
- kolorowe?- zdziwił się Bartuś i przekrzywił głowkę, jakby chcial dostrzec to samo, co kolega przed chwilą.
-Ano tak. Kolorowe.
-Ale...- zacząl niepewnie- tu nie ma zbyt wielu kolorów.
-czepiasz się- krzyknał starszy chłopak i porwał pudło spod kosza na śmieci. Przemaszerował dumnie przez całe podwórko niosąc karton wysoko nad glową, żeby inne dzieci mogły podziwiać jego cenne znalezisko. I rzeczywiście- opakowanie zrobiło na nich spore wrażenie.
- wejdzie ze dwóch- pokiwał głową Antek- znawca. Był z nich najstarszy, więc wszystko wiedział najlepiej. W końcu chodził juz do czwartej klasy, a to zobowiązywało.
W jednej chwili ze zwykłego, niepotrzebnego przedmiotu znalezisko stało się czymś zupełnie nowym. Jeszcze dzisiaj rano, kiedy chłopcy byli w szkole służyło pewnie za opakowanie pralki lub lodówki. Teraz służyło do czegoś innego. Było ich skarbem.Mogli nadawać mu taką formę, na jaką tylko mieli ochotę. I rzeczywiście, op wypowiedzeniu paru słów pudlo zaczeło się zmieniać. Dziecinne rączki zatargały je na pobliską górkę, przewróciły na bok, górne skrzydła otworzyły się szeroko i pudło nie było już pudłem.
-To statek kosmiczny!
-Jaki statek!? Głupi jesteś. To odrzutowiec.
-Jaki odrzutowiec?
-normalny głupku! Tu ma skrzydla, o!
Antek wyprotował się dumnie, odchrząknął i wyrecytował:
- nadaję Ci imię...
-kolorowe pudełko-wcisnął się Kuba patrząc na kolegę z ukosa.
-...kolorowe pudełko. No niech ci będzie... A teraz jesteś naszym odrzutowcem! zapraszam na pierwszy lot!
Chłopcy zaczeli wchodzić do środka, usadawiając się jeden za drugim.
-A ja?- zapytał Bartuś
-Mówiłem, że miejsca jest tylko na dwóch!
-No, ale ja?
-"ja", "ja"- przedrzeźniał go Kuba
-Ty to nas popchniesz!
Maluch westchnął ciężo i stanął z tyłu.
-Wszyscy gotowi?
-Taaaaak!
-silniki włączone?- dopytywał się Antek.
-Taaaaaaaaaak- odkrzyknał Kubuś i zaczął wydawać z siebie bulgoczące dźwięki, które miały odwzorowywac prace silników.
-dopalacze włącz!- zawołał Mały Pilot, a po chwili, gdy wciąż stali na szczycie odwrócił się do tyłu- Bartek! dopalacze!
-co?
-No pchaj pacanie!
i ruszyli. silnik rozgrzewał się powoli, w końcu jednak zaczął pracować na anjwyższych obrotach. Pęd powietrza sprawił, że łzawiły im oczy. Antek naciągnał tylko czapkę pilota i chwycił za stery zrobione z patyków. Pięknie wymanewrował pojazdem i wzbił się ponad samochody. Przeleciał nad śmietnikiem podziwiając neidawną fabrykę odrzutowców. Zakręcił znowu i tym razem podleciał blisko bloków. Chłopcy smiali się radośnie wpatrując się w okna sąsiadów. Znów zawrocili i powoli obnizyli lot. Na dole stał Bartek wymachując rękami.
-daje nam znaki, gdzie mamy lądować- antek mocno przycisnął drążek sterowniczy. Zrobili jeszcze dwa małe kółka i wylądowali zgrabnie na samym dole górki.
-ale jechaliście- Bartus wyraźnie zazdrościl kolegom zabawy
-nie mówi się jechaliście, tylko lecieliście- poprawił go Kuba.
-To mogę teraz ja?
-nie... to już nie jest szybowiec...
- nie?
- nie, teraz to będzie...
Zastanawiali się chwilę przyglądając się pudełku.
- nabiera kolorów- zauważyl Kuba- cały dół jest już zielony od trawy. Jeszcze pare zabaw i naprawde będzie kolorowe.
Następnie pudełko przybrało postać wielkiego, na wpół zielonego Antkozaurusa, który polował na dzielnych jaskiniowców Kubula i Bartula. Potem, po kolejnej przerwie wydłużyło się, zapuściło cąły rząd kół i zamieniło się w wielką ciężarówkę, którą chłopcy wozili błoto. Później było ciemną jaskinią, do której należało wejść, by dowieść swej odwagi. Tunelem metra, windą, potem znów lokomotywą, którą jeździli na zmianę podając sbie czapkę motorniczego i gwiżdząc przeraźliwie. Pod koniec dnia było już na wpół rozdarte, zielono-brązowe od trawy i szare od błota. Nie było jednak ani trochę mniej cudowne jak o piętnastej, kiedy to chlopcy zobaczyli je po raz pierwszy. Wręcz przeciwnie. Za każdym razem, gdy zmienaiało swoją formę zyskiwało też na swojej wartości. Antek wyprostował się i przetarl umorusaną buzie. Byl naprawdę szczęsliwy.
-Wiecie co chłopaki, ja musze lecieć. Jutro mam do  szkoły na ósmą, a jeszcze lekcji nie odrobiłem....-skrzywił się- schowacie kolorowe pudełko? Ale jakoś tak porządnie, zeby żaden dorosły głupek go nie wywalił?
-Jasne! Ale Bartek, ty tez już idziesz?
Maluch popatrzył na niego i odpowiedzial z wahaniem.
-Mogę się spóźnić...
-dużo?
-No nie...tak, żeby mama nie krzyczała.
-No to jeszcze raz sie przejedziemy! Na razie Antek!
-Na razie! Uważajcie na nie!- odmachał im na pożegnanie.
-jasne!
Pobiegli ciągnąc za sobą rozmokły karton. Zaczeło padać, ciężkie krople rozmazywały kolory. Bartek czul się dziwnie. Obiecał mamie, że nie będzie bawił sie po ciemku, wiedział, że to ją rozzłości, ale wizja zabawy z Kuba była ciekawsza. Nawet jeśli będzie zła to tylko przez chwilkę. Mama nigdy nie gniewała sie zbyt dlugo. Od kiedy ozstali sami starała się też nie krzyczeć na niego. Kuba mial gorzej. U Kuby to ciągle krzyczą. Często zastanawiał się, dlaczego jego kolega naosi dlugie swetry nawet jak jest ciepło. Nigdy też nie podwijał rekawów...Ale czy to ważne? Maja kolorowe pudełko, nie musza odrabiać lekcji jak Antek, wszystko jeszcze przed nimi! Biegli szybko rozpryskując błoto i przeskkując kałuże.
-Może będzie łodzią?Wielkim tankowcem! Będziemy płynełi po oceanie Kałużowym?
-niech będzie łodzią, ale podwodną!
-podwodną?
-tak! obrócimy je do góry nogami i przestaniemy moknąć! Zejdziemy pod wodę!
-Dobrze, ale ja steruje!-Kubie coraz bardziej podobał sie ten pomysł
-dlaczego ty?
-bo jestem starszy! ty będziesz majtkiem!
-nie chcę byc majtkiem- Mło0dszy chłopeic zatrzymał się i zaprotestował gwałtownie- Majtek to głupio brzmi...
-No dobrz, to będziesz bosmanem.
-no...to już lepiej...-i ruszył śmiało za swoim Kapitanem.
-Gotowy?
-tak!
Przewrócili pudełko, przykucnęłi i zakryli się nim. W środku było całkiem ciemno. Deszcz uderzał w papier wydająć się jeszcze neiprzyjemniejszym niż był przed chwilą.
- Boisz się?
-Zgłupiałeś?!
Wyprostowali sie trochę i dół pudełka odkleił się od błota z niemiłym plaśnięciem. Idąc w kucki pokonali pare metrów. Kuba zaczął zabawę
-teraz podchodzimy do zatoki. Zaraz zejdziemy pod wodę. właściwie to jestesmy na takim dużym statky i to on nas wrzuci do wody. Będzeiy łowić rekiny. Gotowy jesteś bosmanie?
-Tak- szepnał Bartuś, któremu juz wydawało się, że widzi cień żarłacza.
- teraz podchodzimyu do rufy! ahoj żeglarze! jesteśmy najdzielniejsza załogą! zaraz złapiemy jakiegoś rekina ludojada!- przeskoczyli przez krawężnik- zanurzamy się!
Schodząc z chodnika opuścili pudełko. Kuba wydarł małą dziurę z przodu, żęby wpuścic trochę światła. Bartek z zapałem słuchał słów towarzysza. Byli teraz w oceanie. Wszędzie było  morko i zimno. Oddychali cicho, by nie spłoszyć ewentualnej zdobyczy. Przez okna łodzi podwodnej podziwiali niesamowite kolory. Wszystko tutaj było wspaniałe! Rafy koralowe, małe barwne rybki przepływające tuż obok ich łodzi.
-Szkoda, ze Antek tego nie widzi-westchnąl maluch
-no pewno, że szkoda. Ale marynarz antek zginął podczas sztormu! Teraz zostaliśmy tylko my dwaj! I to my złapiemy bestię!
Płynęli w dół i w dół widząc to coraz dziwniejsze ryby. Cisnienie w uszach szemrało leciutko. Parę razy wydawało im się, że juz widzą ogon rekina. Bestia była jednak sprytna. Zwinnie unikała łodzi podwodnej lawirując pomiędzy wrakami statków.
-Zatrzymaj się na chwilę, ręce mnie juz bolą...
-phii..-prychnał Kuba z oburzeniem- tak się kończy zabawa z maluchami!
-wcale nie jestem maluchem!!

                                                                             ***

To był zdecydowanie zły dzień. Najpierw w sklepie zbarakło ulubionych papierosów, potem szef-kretyn dowalił parę dodatkowych zlecień (ile kurwa można?) tylko po to, by frma lepiej wypadła w rankingu pod koniec miesiąca. No i jeszcze ta pogoda. Wszystko się sprzysięgło przeciw niemu. Cholera jasna. Byl pewny, że jak już dojedzie do domu to na obiad będize grochówka. Co prawda żona rzadko robiła grochówkę, ale mógł się ząłożyć o prawa rękę, że w tak paskudnym dniu to właśnie grochówka dopełni reszty. Deszpadła coraz mocniej. Szczęście w nieszczęściu, że jedzie juz na bazę. Troche później niż zwykle, zaczynalo sie już sciamniać. Ale jeszcze parę minut i będzie mógł wracać. Jeszcze tylko wypakowanie furgonetki i rozmowa z tym debilem przy taśmie...Boże jak on go nie cierpiał! Odpalił papierosa nie odrywająć wzroku od drogi. To jakies osiedle pogórnicze, czy coś w tym stylu. Często tędy przejeżdzał. Nawet w sloneczne dni było tu szaro i tak jakoś nieciekawie. No cóż...urok Śląska. Pewno niektórym to pasuje- żyć w takim syfie. Poprzewracane śmietniki, powybijane szyby przystanków, jakies kartony na drodze. Chuj wie, czy te male szczyle z nudow nie naladowały tam kamieni. Chciał je wyminąć, ale z naprzeciwka jechał jakiś pajac. W sumie nie obchodzi go zderzak i tak samochód jest służbowy. On chce tylko dojechać wreszcie do domu. Deszcz zacinał w okna, w chwili kiedy czarny Sprinter przejechał po rozmokłym kartonie.

                                                                              ***

Kawałki papieru leżały na poboczu. Kolorowe pudełko. Na początku był to zwykły szary karton z niebieskim logo na boku. Niektóre kawałki były zielone, niektóre brunatne jak ziemia. Najwięcej było czerwonych.





zabrania sie kopiowania całości, oraz fragmentów bez wiedzy autora

poniedziałek, 7 maja 2012

No i majówka już za nami. Możemy więc z dumą odhaczyć pierwsze Okruszkowe Święto Pracy. Nie, żebyśmy podchodzili do niego z jakimś tam specjalnym sentymentem - zdarzenie to jednak potwierdzilo teorię, że Następca Tronu za nic ma na równi święta zarówno kościelne jak i państwowe. Tak czy siak budzi sie o piątej...