Zrobiłam łazanki. Ale nie takie tam zwykłe łazanki, na szybko, na już... przez całe przedpołudnie, z namaszczeniem, z nutą szaleństwa i geniuszu komponowałam najwspanialsze łazanki na świecie. Bo w robieniu łazanek jestem mistrzem - nie chwaląc się. Wyszło oczywiście kulinarne arcydzieło, zadzwoniła babcia z gratulacjami, sąsiadki zbiegły się po przepis, a kierowca autobusu klaskał. A potem przyszedł mąż. Kruszyn to profan pełną gębą. Zrobisz takiemu domową pizzę- zaleje ketchupem, zrobisz przepyszna jajecznicę z wiejskich jajek na świeżych pomidorach i ze szczypiorkiem- zaleje ketchupem, zrobisz kanapki z łososiem - zaleje ketchupem. (tak, kiedyś o dziwo stać było nas nawet na łososia 0.o) czasami mam wrażenie, że do kawy tez potajemnie ten ketchup wlewa.* Wraca więc Kruszyn do domu, od progu wita go zapach wędzonego boczusia, nakłada wielgachna porcję i ... polewa moje arcydzieło ketchupem. Na deser dostał oczywiście wykład o tym, że nie można niszczyć doskonałości, że nie, nie obchodzi mnie, że bardziej mu smakuje, że w ogólnie nie ma czegoś takiego jak "bardziej smakuje", że koniec, że ketchup to zło i że w ogóle to wynieś śmieci. Na drugi dzień udałam się ochoczo do mojej kochane pracy (Coraz częściej patrząc na przelewy z wypłatą dochodzę do wniosku, że chodzę tam bardziej z miłości niż dla pieniędzy), Oczywiście chłopaki na obiad raczyli się łazankami. W pewnym momencie Okruch wstaje ostrożnie od stołu, patrzy ojcu prosto w oczy i konspiracyjnym gestem przykłada palec do ust mówiąc "Csiiiiii". lekko przygarbiony, rozglądając się na boki prawie podczołguje** się do lodówki, po chwili idzie po stołeczek, przystawia, otwiera magiczne białe drzwiczki i triumfalnie wraca do pokoju z butelką - a jakże - ketchupu.
-Tata, mama neee, Ciii - i puszcza oko do kruszyny wylewając zawartość opakowania na swój talerz z łazankami.
Krew nie woda.
*jestem przekonana, że to robi, chociaż nigdy nie udało mi się go przyłapać.
** Kruszyn dałby sobie rękę uciąć, że w tle leciała muzyka z mission impossible
