czwartek, 27 lutego 2014

Zrobiłam łazanki. Ale nie takie tam zwykłe łazanki, na szybko, na już... przez całe przedpołudnie, z namaszczeniem, z nutą szaleństwa i geniuszu komponowałam najwspanialsze łazanki na świecie. Bo w robieniu łazanek jestem mistrzem - nie chwaląc się. Wyszło oczywiście kulinarne arcydzieło, zadzwoniła babcia z gratulacjami, sąsiadki zbiegły się po przepis, a kierowca autobusu klaskał. A potem przyszedł mąż. Kruszyn to profan pełną gębą. Zrobisz takiemu domową pizzę- zaleje ketchupem, zrobisz przepyszna jajecznicę z wiejskich jajek na świeżych pomidorach i ze szczypiorkiem- zaleje ketchupem, zrobisz kanapki z łososiem - zaleje ketchupem. (tak, kiedyś o dziwo stać było nas nawet na łososia 0.o) czasami mam wrażenie, że do kawy tez potajemnie ten ketchup wlewa.* Wraca więc Kruszyn do domu, od progu wita go zapach wędzonego boczusia, nakłada wielgachna porcję i ... polewa moje arcydzieło ketchupem. Na deser dostał oczywiście wykład o tym, że nie można niszczyć doskonałości, że nie, nie obchodzi mnie, że bardziej mu smakuje, że w ogólnie nie ma czegoś takiego jak "bardziej smakuje", że koniec, że ketchup to zło i że w ogóle to wynieś śmieci. Na drugi dzień udałam się ochoczo do mojej kochane pracy (Coraz częściej patrząc na przelewy z wypłatą dochodzę do wniosku, że chodzę tam bardziej z miłości niż dla pieniędzy), Oczywiście chłopaki na obiad raczyli się łazankami. W pewnym momencie Okruch wstaje ostrożnie od stołu, patrzy ojcu prosto w oczy i konspiracyjnym gestem przykłada palec do ust mówiąc "Csiiiiii". lekko przygarbiony, rozglądając się na boki prawie podczołguje** się do lodówki, po chwili idzie po stołeczek, przystawia, otwiera magiczne białe drzwiczki i triumfalnie wraca do pokoju z butelką - a jakże - ketchupu.
-Tata, mama neee, Ciii - i puszcza oko do kruszyny wylewając zawartość opakowania na swój talerz z łazankami. 
Krew nie woda.

*jestem przekonana, że to robi, chociaż nigdy nie udało mi się go przyłapać.
** Kruszyn dałby sobie rękę uciąć, że w tle leciała muzyka z mission impossible
Dobra Miśki, wiecie co macie robić :) siadać mi tu z pitami i ładnie wpisywać numer w rubryce KRS! Do pracy rodacy!

czwartek, 20 lutego 2014

Zaczęliśmy chodzić do żłobka. Znaczy - nie wszyscy, nie urządzamy jakiś tam rodzinnych pielgrzymek. Okruch zaczął chodzić, a my zamiast odetchnąć z ulgą i cieszyć się z chwili spokoju obgryzamy nerwowo paznokcie czekając na telefon z informacją, że dziecku udało wysadzić placówkę w powietrze ze pomocą kredek i ciastoliny. Póki co nikt jeszcze nie zadzwonił. Główny problem z chodzeniem do żłobka sprowadza się do tego, że Okruch zwyczajnie nie lubi innych dzieci. Oczywiście ma grupkę najbliższych przyjaciół w skład której wchodzi paru kuzynów, 6-letnie ciocia i paru bajtli od znajomych. I tu następuje koniec- wszystkie próby nawiązania kontakt:
-Zobacz kochanie, mały chłopczyk macha do ciebie.- Okruch kwituje zrezygnowanym - Mamooooo...
Przyznam się szczerze, że spodziewałam się takiego tonu co najmniej za lat 14 w czasie buntu, a tu proszę. Oczywiście my dalej łudzimy się, że Dzieć pozna nowych znajomych, nauczy się nowych rzeczy itp itd. W końcu to powód do dumy - nie jest przecież jakimś tam maluchem, tylko oficjalnym członkiem grupy motylkow (toż to prawie jak gang harley'owców). Lodówka powoli zapełnia się nowymi dziełami sztuki w postaci kresek, plamek i kolorowanek. Jeszcze chwila i przyjdzie czas na pierwsze przedstawienie i fenomenalną role grzybka lub drzewka. Tak, zdecydowanie trzeba to głośno powiedzieć- mamy w domu prawie dorosłego mężczyznę. ;)