czwartek, 27 maja 2010

      Jeżeli jesteś na studiach to jest parę rzeczy,  do których zobowiązuje Cię.kodeks studencki. Powinieneś chodzić na wykłady ( hahaha!) Powinieneś prowadzić czytelne notatki ( na wypadek, gdyby ktoś chciał je skserować). Powinieneś tez być prawdziwym studentem-przyjacielem, w wolnym przekładzie oznacza to, że piwa kolegom z grupy nie odmówisz. Ponieważ jestem dobrym i pilnym studentem to twardo trzymam się tych zasad, a przynajmniej ostatniej. Wróciłam więc do domu po dwóch piwach, a ponieważ jestem ekonomiczną kobietą od razu zwinęłam się w kłębuszek i oddałam się marudzeniu o tym jak mnie głowa boli. Moje marudzenie trwało by i dłużej, gdyby nie Kruszyn, który akurat wszedł do pokoju i popatrzył na mnie jednym z tych swoich wszechwiedzących spojrzeń.
-Na piwku byłaś? - bardziej stwierdził niż zapytał.
-aha- odpowiedziałam zbolała
-Kiepsko się czujesz? -drążył temat Mój Kochany podchodząc i gładząc mnie po głowie.
-boliiii- odpowiedziałam kuląc się jeszcze bardziej.
-A chcesz coś na głowę? - zapytał, a w mojej duszy zakwitła nadzieja na tabletki przeciw kacowe.
- A co masz? 
Kruszyn uśmiechnął się szeroko i odpowiedział:
- Siekierę.
Kochany, któż inny tak by się o mnie troszczył.

środa, 19 maja 2010

          W poniedziałek opijaliśmy kolejny rok życia największego Cynika jakiego dane mi było poznać ( ukłon w jego stronę - sto lat Paskudo). Piwko, pogaduchy i cała masa fajnych ludzi- czyli to, co tygryski lubią najbardziej. W penym momencie zapytaliśmy się solenizanta o prezenty, a on wymieniając je zamknął listę słowami:
- I jeszcze parę czerwonych długopisów, z zaznaczeniem, że są do wpisywania jedynek... 
             Ach, rozmarzyłam się, jakże miło i przyjemnie było na praktykach! Jaki szczęśliwy był wtedy człowiek! Te ufne twarzyczki dzieciaków! Ostre pazury gimnazjalistów! Pisanie konspektów do drugiej w nocy, nerwy, brak snu i spokoju. Jakże mi tego brakuje! Jak bardzo chciałabym wrócić do szkoły, znów usłyszeć "dzień dobry Pani", pozadawać im zadania domowe... Osunęłam się wygodnie w knajpowy fotel, westchnęłam głęboko i zwierzyłam się z moich pragnień:
-Jak ja dawno żadnej pały nie postawiłam...

Tak, nie tylko Kruszynowe towarzystwo jest monotematyczne. Śmiali się ze mnie chyba z 5 minut- ale między Bogiem, a prawdą- chyba mi się należało!
             Zbliża się dzień wesela naszych znajomych i wpadłam w szał zakupów. Lakier do paznokci, kolczyki, błyszczyk (a może szminka?), solarium, poszukiwanie butów.... Kruszyn nadziwić mi się nie może i patrzy na mnie uśmiechając się ironicznie tam pod swoimi sumiastymi wąsiskami. Facet, phi. Właściwie to pojechał, więc relację z wizyt u kosmetyczek i fryzjerek zdaje mu telefonicznie (po parę razy dziennie, żeby był na bieżąco). Chyba pierwszy raz się cieszy, że jest na drugim końcu Polski. Ale w weekend na swoje nieszczęście był i poszedł ze mną do sklepu. Właściwie to szliśmy tylko do spożywczaka, ale by tam dotrzeć musieliśmy minąć całą galerię. Oczywiście po drodze było pełno ciekawych sklepów z rzeczami, które akurat-są-mi-niezbędne-i-to-JUŻ. Kochany mój podążał więc za mną z miną cierpiętnika przytrzymując mnie troszkę mocniej, gdy mijaliśmy wejścia. Dotarliśmy do naszego celu nawet  łatwo i po chwili- zaopatrzeni w pizzę wracaliśmy już do domu. I wtedy pojawił się sklep z butami ( butów szukam już dłuższy czas i szlag mnie trafia, bo nie mogę znaleźć sobie takich wymarzonych). Spojrzałam więc na Kruszyna najsłodszym spojrzeniem( takim, od jakiego zęby zaczynają boleć).
-Koooooooochanie, a czy ja mogę, tak na sekundeczkę...na setną sekundeczki zajrzeć do tego sklepu? Tak tylko przelotnie? Pozwolisz??? -  zapytałam go używając całej mojej siły manipulacji. Sklep był całkiem pokaźny, w portfelu miałam jeszcze trochę kasiurki wiec zapowiadało się co najmniej półgodzinne przymierzanie i mierzenie, a Kruszyn w sam raz wyglądał na darmowego tragarza.
-Oczywiście, że Ci pozwolę - odpowiedział od razu - dlaczego w ogóle prosisz o pozwolenie?
Uśmiechnęłam się szeroko czując, że wygrałam ta bitwę i już miałam skręcać w stronę wejścia, gdy Krusyzn dopowiedział jeszcze:
-Tylko wiesz co kochanie - obniżył ton głosu, opuścił wzrok i niczym bohater jakiegoś dramatycznego filmu fantasy dodał: - Tylko bądź świadoma, że tą podróż odbyć będziesz musiała w samotności...
Ponieważ minę miał poważną, a w reklamówce była pizza dałam się jednak przekonać, by iść do domu. Wyszło na to, że wybrałam swoje przeznaczenie ;P

sobota, 15 maja 2010

            Pamiętacie może ten ostatni film o Batmanie? Głośno o nim było, bo fajnie im ekranizacja wyszła ;) Otóż, siedzę sobie w domu - Kruszyna znowu na drugim końcu Polski - i ogarnął mnie szał kinowy. Wszystkie komedie romantyczne zdobyte od Skrzypaczki już zobaczyłam, teraz przyszła więc oklej na klasykę ekranizacji komiksów.
          W Batmanie - pomijając oczywiście seksownego głównego bohatera pomykającego w lateksie - najlepsze jest sztuczka ze znikającym ołówkiem. Och, nie raz marzyło się, żeby pokazać ją tym mniej lubianym wykładowcom. Tak więc pogrążyłam się w rozmyślaniach nad własnymi magicznymi zdolnościami. Ze zmartwieniem muszę stwierdzić jednak, że żadnych nie posiadam ( no, chyba że zalicza się do nich niesłychana wprost cierpliwość do własnego faceta). Za to Kruszyna to urodzony magik! Wystarczy choć na chwilę wypuścić zapalniczkę z ręki i ...PUF!!! Czary-mary, abrakadabra bęc! Ani widu, ani słychu! Zapalniczka rozwiewa się pozostawiając niewinny obłoczek magicznej mgiełki. Oczywiście istnieje możliwość, że za jakiś czas odnajdzie się swoją zapalniczkę gdzieś w odmętach Kruszynowych kieszeni. Ale zazwyczaj - chociaż jesteś pewny, że to TWOJA - zapalniczka wygląda już całkiem inaczej i nawet ma własną historię ( wyjątkowo przekonywującą, zawierającą nawet miejsce jej urodzeni tzn kiosk na rogu).
          Tak więc nikt nie ma większego talentu do sztuczek z zapalniczkami, jak moje kochanie. On sam jednak milczy na ten temat- no bo w końcu, który magik zdradza swoje sekrety. Od czasu do czasu śmieje się jednak tajemniczo, a ja jestem gotowa przysiąc, że można wtedy dosłyszeć w tym śmiechu delikatne echo słów:  I gonna make this lighter disappear...

piątek, 14 maja 2010

sobotnie zabawy z bronią...;)

sobota, 8 maja 2010

      Przez większość czasu marzyłam o rycerzu a białym koniu. I w końcu mam rycerza, przez pewien czas był  też i biały koń. A teraz - jako, że pazerna ze mnie baba- chce mi się więcej i więcej. I tak rozprawialiśmy o rycerstwie z Kruszynem i stwierdziłam, że wymachiwanie mieczem to jednak fajna sprawa, i że też chciałabym spróbować. Zająć się tym na poważnie, uczyć się cięć i wszystkiego co tam jest potrzebne. Oczywiście usłyszałam stanowcze NIE, które Moje Kochanie poparło wybitnymi argumentami. Pojawił się zasadniczy problem płci (phi!), braku doświadczenia, sprzętu, wystarczającej siły itp. itd. Jako, że wczułam się już w role nauczycielki wychodzę z założenia, że to zawsze ja mam racje i przekonać się nie dałam ani trochę. Kruszyn wysunął więc argumenty ciężkiego kalibru:
-A poza tym nie jesteś aerodynamiczna - powiedział i przybrał minę zwycięscy.
-Aaaerodynamiczna!? - spytałam z powątpiewaniem - a Ty to akurat jesteś aerodynamiczny!
-Kochanie, mój brzuch jest mniejszy niż twoje piersi - zakończył dyskusję z uśmiechem i odszedł w stronę komputera. No tak, w końcu argument nie do przebicia....

poniedziałek, 3 maja 2010

        W ramach grilla ze Swatami oddaliśmy się jakże chwalebnemu tematowi swobody i nie-swobody w związkach. Oczywiście- jak zawsze przy takich rozmowach- kobiety trzymały swoją stronę, a mężczyźni swoją. Kruszyn wczuł się w role mówcy i donośnym głosem nawoływał do zwiększenia wolności, którą należy się  mężczyznom. Jest to wyjątkowo liberalny człowiek, więc jego poglądy nikogo nie powinny dziwić. Od niepamiętnych lat ofiaruje z radosnym uniesieniem wszelką wolność określonym częściom swojej garderoby- no bo jak ktoś śmie zamykać biedne skarpety w szafce, kiedy mogą korzystać z wszelkich wygód życia leżąc na środku pokoju! - Akurat te jego poglądy popieram całkowicie, bo ze mnie też jest straszny bałaganiarz :) Ale co do swobody w związkach jestem troszkę bardziej konserwatywna. Nie uważam się jednak za jakąś wyjątkowo wredną babę i z pełnym oburzeniem pytam się, czy rzeczywiście mu za mną, aż tak strasznie. Ponieważ wybiłam go z rytmu agitacji spojrzał na mnie jak XVI wieczny kaznodzieja na czołowego heretyka i rzekł z przekąsem:
- No tak, według Was [kobiet] to mężczyzna powinien myśleć w kategorii : ja mam dużo swobody, czasem mogę iść z nią na zakupy. - po czym wrócił żywo do przerwanego wątku.
Niby dobry argument...Szkoda tylko, że na zakupy zazwyczaj chodzę sama, bo Kruszynowi się nie chce. Czyżby dobrowolnie rezygnował z wolności? (Stawiam jednak na małego lenia).