czwartek, 26 kwietnia 2012

         Ostatnio Kruzyn wrócił od Rodzicielki z plikiem starych zdjęć, dokumentów i szkolnych świadectw pieczętując tym juz całkowicie przeprowadzkę. Oczywiście nie obyło się bez wielkiej radości żony- znaczy się mnie- lubujacej się w przeglądaniu starych papierzysk. Moja Lepsza Połówka też zaczęła przeglądać dokumenty. Mój szyderczy śmiech na widok przedszkolnych zdjęć przeplatal się z nostalgią Kruszyna na widok szkolnych świadectw. W pewnym momencie jednak podniósł do góry jakiś dokument, zamyslił się i zaśmiał pod nosem
-co tam masz?- zapytałam podejrzliwie
- a nie, dokumenty potrzebne do zarejstrowanie pierwszego samochodu - powiedział przenosząc się w świat wspomnień- mojego kochanego maluszka! Pamiętam jak szedlem do zarejstrowac w Skarbówce, wiesz ten bezsensowny "podatek od wzbogacenia". Stałem dumny w okienku czekając, aż podadzą mi odpowiednią kwotę...
-i co?
Kruszyn zwiesił glos:
-a nic, po paru minutach zapytała sie po co tu stoję, i czy liczę, że mi coś dopłacą...

Ach te wspomnienia ;D

wtorek, 17 kwietnia 2012

Okruch dostał prezent. Ogolnie rzecz biorąc to dostał pelno prezentów jak to każdy dzieciak, więc stan rzeczy dziwić nikogo nie powinien. Chodzi o to, że dostal prezent-reklamówkę od pewnej firmy specjalizującej się w żarelku dla małych bąbli. Nigdzie glodomora nie zgłaszaliśmy, nigdzie sie nie rejstrowaliśmy, a i tak dziada wytropili. No nic. Dziecię moje miesięcy liczy już cztery z hakiem większym niż mniejszym....śmialo można powiedzieć, że piąty miesiąc leci nam na calego więc prezent na miejscu: pojemniczek malutki z marchewką gotowaną. Dzieciak na etykietce uśmiecha się na calego więc pewnie papka dobra, pożywna i w ogóle cod miód i maliny. Znaczy się- marchewka. Zarzekałam się, że nie będe dawala Okruchowi nic z takich rzeczy, walczylam z teściową, a tu prosze: podeszli mnie marketingiem...Skoro mam już tą nieszczęsną marchewę, nawet lyżkę dostałam - kusi jak cholera. Wreszce decyzja zostala podjęta: Okruch został usadowiony na leżaczku, okatulony śliniaczkiem a matka-polka zakasała rękawy i zaczęła dzieciaka uszczęśliwiać. No, a że syn moj kochany serce ma wielkie i czułe (po ojcu zapewne) stwierdził miłosiernie, że zbrodnią jest jedzenie takich przysmaków samemu. Podzielił się więc z ludzkością: z mamą się podzielił celując prosto w czoło, podzielił sie ze swoimi nóżkami, z lodówką się podzielił, z kotem, który miał pecha i nie zdążył uciec, z ojcem się podzielił- sprytnie, bo wiedział, że Kruszyn w pracy więc na łóżku mu troche zostawił-, z dywanem, ścianą i kuchenką. Nawet z kwiatkiem na lodówce sie podzielił- ale jak to zrobił to pojęcia nie mam. Minę mial przy tym przeszczęśliwą, prawie jak dziecko z reklamy. Chyba powinnam być dunma, że nie rośnie mi maly samolub. (I że mlekiem łyżką go karmic nie muszę)