Świąteczny nastrój panuje w pełni i mimo braku śniegu cała nasza rodzina nie może już doczekać się świąt. Z Okruchem jest łatwiej- cały czas chodzi i zastanawia się czy był na tyle grzeczny, by dostać upragnione lego. (Chociaż ostatnio całą godzinę spdędziliśmy biegając po lesie i szukając Św Mikołaja uprowadzonego przez smoki- w końcu przyznał się, że tylko mu się śniło, ale sprawa wyglądała na poważną i nie można było tego zbagatelizować). Z Kruszyną natomiast jest gorzej- wie w jaki sposób prezenty materializują się w naszym domu, doliczył się nawet jednago dla siebie i teraz prawdziwym wyzwaniem jest ukrycie go ponownie tak, by nie wpadł w jego łapy jeszcze przez dzień... Za to wspónie z uporem maniaka sieją dywersje w kuchni zjadając połowę zrobionych przeze mnie uszek i pierogów. Nie mówiąc już o smętnej resztce pierniczków, która schowana w spiżarce czeka na swój kres. Chociaż prawdziwy świąteczny klimat w naszym domu robią Okruszkowe kolędy śpiewane od rana do wieczora. Urocze prawda? A więc Okruch kolędy zna dwie. A właściwie zna po dwa wersy z każdej... i tak po 12 godzinach już na ZAWSZE zapamiętasz, że "choineczka stała w lesie- hej kolęda, kolęda!". Chociaż z drugiej strony to i tak jest postęp, bo gdy dziecko szło do przedszkola występować w jasełkach na pytanie: "jaką kolędę będziesz spiewał?" odpowadał, że tą o krasnoludkach. ;D Wesołych, ciepłych i RODZINNYCH Świąt życzy cała Kruszyn, Okruch i Ja ;)
wtorek, 23 grudnia 2014
wtorek, 9 grudnia 2014
Pewnie wszyscy i tak wiecie jak brzmi prawdziwe imię Okrucha. Na potrzeby tej historii musi być ogłoszone oficjalnie. Syn mój nazywa się Mikołaj.
Przychodzimy sobie radośnie do przedszkola, rozbieramy kurtkę, czapkę, rękawiczki. Ściągamy buciki, aż tu nagle od progu wita nas dziki pisk i mały bajtel z Okruchowej grupy przedszkolnej podbiega do nas i ciągnie syna mego w stronę swojej matki krzycząc:
- I widzisz! Miałem racje! Ty mówisz, że przychodzi raz w roku a on codziennie jest w przedszkolu!
Eh ten 6 grudnia... Ho ho ho
Przychodzimy sobie radośnie do przedszkola, rozbieramy kurtkę, czapkę, rękawiczki. Ściągamy buciki, aż tu nagle od progu wita nas dziki pisk i mały bajtel z Okruchowej grupy przedszkolnej podbiega do nas i ciągnie syna mego w stronę swojej matki krzycząc:
- I widzisz! Miałem racje! Ty mówisz, że przychodzi raz w roku a on codziennie jest w przedszkolu!
Eh ten 6 grudnia... Ho ho ho
Siedzimy sobie z synem i czytamy bajki. Czytamy ich dość sporo więc książek wala sie po pokoju cala masa. Czytamy je jedna za drugą, a po skończeniu kolejnej młody z rozmachem wciska mi w ręce następną pozycje. Niestety nie byliśmy zsynchronizowani i obrywam książką w oko. Ta... No headshot no fun... Dzieć przez chwilę zamiera w oczekiwaniu, a zauważywszy, że mama przestała nadawać nachyla sie nade mną i pyta co się stało.
- przywaliłeś mi książką w oko synku...- stękam - w oko?- pyta się Okruch
- w oko- potwierdzam
- mamo... Tak bywa...- pociesza mnie syn głaszcząc moje włosy.
pozostaje mi się przyzwyczaić...
- przywaliłeś mi książką w oko synku...- stękam - w oko?- pyta się Okruch
- w oko- potwierdzam
- mamo... Tak bywa...- pociesza mnie syn głaszcząc moje włosy.
pozostaje mi się przyzwyczaić...
środa, 1 października 2014
Wiecie co jest największym
szczęściem kobiety? Tak, tak… patetycznie i nudno, ale muszę to napisać. Jestem
cholernie szczęśliwą kobietą, bo mam najcudniejszego męża na świecie. I nie będę
tu wymieniała, że jest przy mnie w chwilach złych, jest oparcie, bohaterem bez zastanowienia
stający pomiędzy mną, a agresorem czy, że po ciężkim dniu pracy czeka na mnie
gorący obiad domowej roboty (mmm J
jego domowej roboty kluski śląskie i sosik… o czym to ja? Ach tak!). Oczywiście
to jest ważne, ale chce Wam opowiedzieć dlaczego Kruszyn jest ojcem idealnym.
Kamera, światła, akcja:
Nie jest łatwo jednym z najmłodszych
bajtli na podwórku. Cóż z tego, że serce waleczne i dzielne, skoro nóżki raczej
z gatunku tych krótkich. Chłopaki łobuziaki biegają, wspinają się na drzewa,
budują tajne bazy ze skoszonej trawy i ostrzeliwują się podczas regularnej
wojny na plastikowe karabiny. Kto wybrałby piaskownice w obliczu takiej perspektywy?
No właśnie. Problem polega na tym, że Okruch nie mówi. Nie, może inaczej-
nawija i to cały czas, ale po swojemu. Pieluchy już dawno poszły w odstawkę, w
przedszkolu jest już w grupie „Misi”, a tu na podwórku ciągle jest „ten maluch”.
Uwierzcie mi, nie ma większej obrazy dla kogoś, kto nauczył się niedawno sikać
na stojąco niż nazwać go maluchem… Okruszek przeżywał to burzliwie, z godnością
łykając łzy kopał prześladowców po kostkach. Ale zmusić ich do zabawy zbytnio
nie mógł. Czara goryczy przelała się w chwili kiedy na podwórku zapanował czas
walk na piankowe miecze z marketu z robalem. Młody, który oprócz niegroźnego
mieczora ma tez taki do treningów z ojcem wreszcie wypatrzył swoją szansę. Niestety,
i tym razem nikt nie chciał poczekać, aż malec dobiegnie. Bezlitosne prawo podwórka
J I wyobraźcie sobie… po
14 godzinach pracy, ledwo wrócił z trasy, bez obiadu, bez chwili, by usiąść
spokojnie, Kruszyn podniósł langsaxa z haków i ruszył w stronę podwórka. Usiadł
koło zasmarkanego, nafukanego trzylatka i szepnął mu do ucha, że nie ważne co świat
o nim myśli- dla niego jest największy. I zaczęli trening. Zazwyczaj tremują w
lesie- w niedziele, albo w poniedziałki jak Kruszyn wróci wcześniej z pracy.
Ale ten jeden trening wymagał świadków. Dawno nie widziałam tak zapatrzonych
dzieciaków i tak dumnego syna! Od tej pory z malucha stał się kumplem z klatki
obok i nikt nie mówi mu, że jest coś z czym sobie nie poradzi.
P.S. oprócz mamy, która
kontroluje wspinaczki po drabinkach ;)
poniedziałek, 19 maja 2014
Lat temu sto i więcej...nie, tak na serio to w czasach kiedy nasz zbuntowany 2,5 latek miał zaledwie parę tygodni Mamusia kochana przygarnęła ze schroniska psiaka. Jak to zwykle bywał pojechała zobaczyć, pomyśleć i wróciła z piesełem pod pachą. Sunia byla malutka, zaledwie roczna i wyglądała jak wypłosz. Zgrabna z cieniutką talią i sterczącym na każdą stronę futrem wyglądała na pieska, którego przodkowie stali koło border collie. Energia i zapał do sztuczek był nieograniczony...Dlaczego tak wspominam? Bo otóż szanowna Mamusia wyjechała ostatnio na weekend majowy i Kuleczka przyjechała w gości. Mama mieszka na parterze, my na drugim piętrze. Pies się zasapał. Stawał co piętro na krótki odpoczynek. Ogólnie rzecz biorąc łatwiej jest nią toczyć niż zabrać na spacer :D Mama oburzyła się na nasze sugestie dotyczące lekkiej psiej nadwagi biorąc je za niesłuszne pomówienia. Myślała tak do czasu, aż sąsiadka zapytała się kiedy sunia będzie miała młode i czy mogłaby dostać jednego. Oczywiście mama powiedziała, że szczeniaków nie ma i nie będzie. Kuleczka Majeczka jest wysterylizowana. :) Oczywiście w dalszym ciągu sunia nie jest gruba..to tylko futro...
czwartek, 27 lutego 2014
Zrobiłam łazanki. Ale nie takie tam zwykłe łazanki, na szybko, na już... przez całe przedpołudnie, z namaszczeniem, z nutą szaleństwa i geniuszu komponowałam najwspanialsze łazanki na świecie. Bo w robieniu łazanek jestem mistrzem - nie chwaląc się. Wyszło oczywiście kulinarne arcydzieło, zadzwoniła babcia z gratulacjami, sąsiadki zbiegły się po przepis, a kierowca autobusu klaskał. A potem przyszedł mąż. Kruszyn to profan pełną gębą. Zrobisz takiemu domową pizzę- zaleje ketchupem, zrobisz przepyszna jajecznicę z wiejskich jajek na świeżych pomidorach i ze szczypiorkiem- zaleje ketchupem, zrobisz kanapki z łososiem - zaleje ketchupem. (tak, kiedyś o dziwo stać było nas nawet na łososia 0.o) czasami mam wrażenie, że do kawy tez potajemnie ten ketchup wlewa.* Wraca więc Kruszyn do domu, od progu wita go zapach wędzonego boczusia, nakłada wielgachna porcję i ... polewa moje arcydzieło ketchupem. Na deser dostał oczywiście wykład o tym, że nie można niszczyć doskonałości, że nie, nie obchodzi mnie, że bardziej mu smakuje, że w ogólnie nie ma czegoś takiego jak "bardziej smakuje", że koniec, że ketchup to zło i że w ogóle to wynieś śmieci. Na drugi dzień udałam się ochoczo do mojej kochane pracy (Coraz częściej patrząc na przelewy z wypłatą dochodzę do wniosku, że chodzę tam bardziej z miłości niż dla pieniędzy), Oczywiście chłopaki na obiad raczyli się łazankami. W pewnym momencie Okruch wstaje ostrożnie od stołu, patrzy ojcu prosto w oczy i konspiracyjnym gestem przykłada palec do ust mówiąc "Csiiiiii". lekko przygarbiony, rozglądając się na boki prawie podczołguje** się do lodówki, po chwili idzie po stołeczek, przystawia, otwiera magiczne białe drzwiczki i triumfalnie wraca do pokoju z butelką - a jakże - ketchupu.
-Tata, mama neee, Ciii - i puszcza oko do kruszyny wylewając zawartość opakowania na swój talerz z łazankami.
Krew nie woda.
*jestem przekonana, że to robi, chociaż nigdy nie udało mi się go przyłapać.
** Kruszyn dałby sobie rękę uciąć, że w tle leciała muzyka z mission impossible
czwartek, 20 lutego 2014
Zaczęliśmy chodzić do żłobka. Znaczy - nie wszyscy, nie urządzamy jakiś tam rodzinnych pielgrzymek. Okruch zaczął chodzić, a my zamiast odetchnąć z ulgą i cieszyć się z chwili spokoju obgryzamy nerwowo paznokcie czekając na telefon z informacją, że dziecku udało wysadzić placówkę w powietrze ze pomocą kredek i ciastoliny. Póki co nikt jeszcze nie zadzwonił. Główny problem z chodzeniem do żłobka sprowadza się do tego, że Okruch zwyczajnie nie lubi innych dzieci. Oczywiście ma grupkę najbliższych przyjaciół w skład której wchodzi paru kuzynów, 6-letnie ciocia i paru bajtli od znajomych. I tu następuje koniec- wszystkie próby nawiązania kontakt:
-Zobacz kochanie, mały chłopczyk macha do ciebie.- Okruch kwituje zrezygnowanym - Mamooooo...
Przyznam się szczerze, że spodziewałam się takiego tonu co najmniej za lat 14 w czasie buntu, a tu proszę. Oczywiście my dalej łudzimy się, że Dzieć pozna nowych znajomych, nauczy się nowych rzeczy itp itd. W końcu to powód do dumy - nie jest przecież jakimś tam maluchem, tylko oficjalnym członkiem grupy motylkow (toż to prawie jak gang harley'owców). Lodówka powoli zapełnia się nowymi dziełami sztuki w postaci kresek, plamek i kolorowanek. Jeszcze chwila i przyjdzie czas na pierwsze przedstawienie i fenomenalną role grzybka lub drzewka. Tak, zdecydowanie trzeba to głośno powiedzieć- mamy w domu prawie dorosłego mężczyznę. ;)
-Zobacz kochanie, mały chłopczyk macha do ciebie.- Okruch kwituje zrezygnowanym - Mamooooo...
Przyznam się szczerze, że spodziewałam się takiego tonu co najmniej za lat 14 w czasie buntu, a tu proszę. Oczywiście my dalej łudzimy się, że Dzieć pozna nowych znajomych, nauczy się nowych rzeczy itp itd. W końcu to powód do dumy - nie jest przecież jakimś tam maluchem, tylko oficjalnym członkiem grupy motylkow (toż to prawie jak gang harley'owców). Lodówka powoli zapełnia się nowymi dziełami sztuki w postaci kresek, plamek i kolorowanek. Jeszcze chwila i przyjdzie czas na pierwsze przedstawienie i fenomenalną role grzybka lub drzewka. Tak, zdecydowanie trzeba to głośno powiedzieć- mamy w domu prawie dorosłego mężczyznę. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

