poniedziałek, 6 grudnia 2010

                  Nadchodzi taki czas, że dawanie prezentów nikogo nie dziwi. I właśnie o prezentach, a właściwie wybieraniu ich przez Kruszyna dzisiaj napiszę. Nie tak dawno temu poparzyłam sobie brzydko łapę. Chodziłam potem biedna do chirurga (najgorsze co może spotkać człowieka to lekarz na ostrym dyżurze z poczuciem humoru), łykałam malutkie różowe tableteczki i ogólnie chodziłam zbolała. Moje Kochanie postanowiło więc kupić mi jakiś ładny prezent. Romantyczny jest ten mój Kruszyn i kochany jak nie wiem co. Dostałam śliczny komplet bielizny. Po ogólnej  radości pytam się jednak Kruszyna jak to się stało, że kupił wszytko jak należy, i że wszystko pasuje i w ogóle tak pięknie się układa. Kochanie moje uśmiechnęło się tajemniczo i odpowiedziałao:
- Och skarbie, to nie było takie trudne.
-To skąd znasz mój rozmiar?- Zapytałam. W sumie powinnam zapytać skąd w ogóle masz pojęcie o rozmiarach ;p Faceci rzadko przejawiają taką zdolność.
- No tak do końca to nie zam...- przyznał otwarcie, ale dalej uśmiechał się jak kot który wyłapał wszystkie szczury w okolicy
-To jakim cudem tak ładnie trafiłeś, strzelałeś z rozmiarem czy się kogoś poradziłeś?
-Oj,  mówię, że to było proste. Podszedłem do tej babeczki, co sprzedawała i poprosiłem o rozmiar zbliżony do małej procy oblężniczej. Od razu wiedziała co podać.

No pięknie! Szkoda, że nie powiedział mi w którym sklepie dokonał tego zakupu- wiedziałabym już co omijać. Ech, Ci faceci...



****


-Kochanie! pomóż mi bo sama nie dam rady! - zawołałam do Kruszyna chowając prezent dla Małej na górze meblościanki. Wielkie pudło złowrogo kołysało się na krawędzi zahaczając o moje wyciągnięte do granic możliwości palce. Kruszek podszedł i jednym sprawnym ruchem umieścił je na górze.
-Gdzie Ty byłaś jak wzrost rozdawali - uśmiechnął sie ironicznie
-Stałam po rozum kochanie- odwdzięczyłam mu sie równie pięknym uśiechem i zabrałam się za chowanie reszty prezentów.
-Raczej po piersi- odpowiedział spokojnie, pocałował w czółko i wrócił do kuchni nadzorować gotujące się potrawy wigilijne.



****

wspomnienie z zeszłego roku:


-Jak będę chciał palić to mnie trzaśnij w głowę!
-Okey- przytakuje kruszyn po czym wypłaca całą serię.
-co to było!?
-Za dobrze Cie znam, dostałeś abonament.

piątek, 5 listopada 2010

           W pracy rozbrzmiał telefon, podniosłam więc słuchawkę i w skupieniu zaczęłam notować zamówienie klienta.
- No i to poproszę, i jeszcze trochę tego i tego na adres taki i taki - zakończyła babeczka, a ja posłusznie skrobałam zamówienie na karteczce papieru. 
-Super, zaraz to wszystko Pani dowieziemy!- oznajmiła radośnie i już miałam bieg z zamówieniem do kuchni kiedy klientka cicho zachrząkała i zapytała niepewnie :
-A czy...drinki dowozicie? 
Najbardziej rozbroił mnie fakt, że była godzina 14, a zamówienie jechało do dość poważnego urzędu ;p Już chyba wiem, jaką pracę wybiorę po studiach ;)




Co do drinków przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja:
Piątek - dzień straszny i okropny ale każdego pracownika gastronomi- zamówień strasznie dużo, klientów masa, wszystkie stoliki zajęte ... armagedon to przy tym pikuś. Na salę wchodzi grupka młodych ludzi, prawie wyganiają zasiedziałych klientów i jak wygłodniała wataha wilków rzucają się na ich miejsca, których niestety nie starcza dla całej ekipy. Po dość długim tłumaczeniu, że na prawdę nie trzymam po bluzka dodatkowego krzesła na takie wypadki, postanawiają jednak zostać i od razu zapewniają mnie, że nie przysporzą mi roboty- będą sobie siedzieć cichutko w kąciku jak myszki. To dobrze- myślę- bo po drugiej stronie baru masakra jakich mało. Kiedy jednak przychodzę do nich ponownie zebrać zamówienie laseczki przeglądając kartę pytają się:
-Jakiego drinka by Pani poleciła?
Rozejrzałam się po  sali, przeliczyłam ilość ludzi, zamówień, spojrzałam, że zostało tylko 1/2h do zamknięcia i poważnym tonem odpowiedziałam:
-Lecha Lanego.

Przyznam się że trochę laseczce zajęło zanim znalazła go na karcie - pewnie chciała zobaczyć co jest w tym "drinku" :)

niedziela, 31 października 2010

        Wszystkich Świętych prawie zawsze równoznaczne jest ze zjazdem rodzinnym. Przynajmniej u nas:) Tak więc w tym roku nasze małe mieszkanko zaroiło się nagle od ludzi. Wiecie, może to dziecinne, że - po mimo swojego wieku - nie powiedziałam jeszcze ojcu, ze palę papierosy. Robię co prawda subtelne aluzje, zbieram się w sobie i...jakoś odwagi mi nie starcza. Dziś było tak samo. Ojciec szwendał się po  kuchni ( tylko tam mógł palić- i podając mi paczkę mówi: "Odpal sobie jednego" Wzięłam więc, odpaliłam, zaciągnęła się, skrytykowałam, że pali mentolowe( jak można palić mentolowe! przecież one smakują...mentolem!? Blech...) i przyniosłam mu swoją paczkę i poczęstowałam porządnym fajkiem. - Tak, to jest jedna z tych subtelnych aluzji. Ojciec wziął papierosa, po czym na jego miejsce włożył jednego mentola mówiąc: " Ale Kruszyn będzie miał minę jak znajdzie go w swojej paczce" Eh...tak, wiem mogłam mu powiedzieć, ze paczka jest moja...ale ja chce to załatwić jakoś tak delikatnie... Kruszyn oczywiście czuwał na stanowisku i kręcąc głową patrzył na mnie z politowaniem. Ironia aż się mu uszami wylewała więc wiedziałam, ze zaraz usłyszę coś złośliwego.
 - I co, znowu mu nie powiedziałaś?-  zapytał a wzrok miał taki, jakby chciał powiedzieć" W takim tempie to nawet po 40-stce będziesz palić w krzakach, żeby Cie nie zauważył"
-No bo, ja szukam takiego delikatnego sposobu...subtelnej aluzji...- zaczęłam się tłumaczyć licząc na jego zrozumienie.
- Aluzji - zamyślił się, a ja już prawie uwierzyłam, że zamierza dać mi jakąś pomocną radę- wiesz, mam taki jeden sposób: Bierzesz papierosa, wkładasz do ust, podchodzisz do ojca i pytasz czy ma ognia. Nie uważasz, że będzie to w sam raz?
Nie odpowiedziałam mu na to nic. Po raz kolejny okazało się, że faceci za nic nie rozumieją co to znaczy Subtelna aluzja.
        W pracy organizowana była impreza Halloweenowa. Tak, wiem: komercja i nikt z nas tego nie lubi. Przyznać jednak trzeba, że rozwieszanie wszelkiego rodzaju ozdób było fajną zabawą. Najbardziej spodobała mi się zakrwawiona łapa, urwana gdzieś tak w okolicach nadgarstka. Umieściłam ową łapę na samym środku blatu i wsadziłam jej menu- niech podaje klientom, a niech zobaczą, że też się bawić umiemy. Łapa zrobiła na ludziach spore wrażenie - przychodzili, macali i pytali. Najbardziej spodobała mi się jedna rozmowa z panem w dresie:
-A czyja to łapa- pyta wysilając swoje wszystkie ( dwie) szare komórki.
-Poprzedniej kelnerki- odpowiadam i szczerzę się bezczelnie. Klient zasępia się. "No, nie zrozumiał żartu" myślę i obserwuję go w skupieniu. Po paru minutach robi zmartwioną mnie i mówi:
-Przynajmniej już wiem z czego było mięso wołowe...
Mogłabym wytłumaczyć mu, że mięso zawsze mamy świeże i sprawdzone...ale w po co...według niego standardem i tak przewyższamy chińska knajpę wiec nie jest źle.

środa, 13 października 2010

Rozmowa z Kruszynen podczas pracy:

-Końcyzsz już? Idziesz do domu?
-No, już za chwile, teraz mamy pełną mobilizację- odpowiadam
-pełną mobilizacje? Czyli co? - dopytuje się Kruszyn
-Czyli stoimy i patrzymy jak szefowa sprząta

Atmosfera w pracy- wspaniała :D

środa, 22 września 2010

       Ostatnio stwierdziłam, że Mojemu Kochaniu życia  nie starczy na jego zainteresowania. Biega po polach bitewnych wymachując mieczem, biega po lasach celując w ludzi karabinem, biega po górach z deską snowboardową, pływa po morzach i oceanach na żaglówkach... O mniejszych dziwacznych zwyczajach wspominać nie będę, bo czasu i miejsca nie starczy. Dlatego nie zdziwiłam się zbytnio, kiedy przyszedł do domu i oznajmił, że znalazł sobie nową zabawę: american football. No tak... tego jeszcze u nas nie grali. Westchnęłam sobie tylko, bo pogodziłam się już z tym, że jak Kruszyn coś sobie umyśli to prędzej czy później tak się stanie. Niestety trener też się o tym przekonał, bo już pierwszego dnia rekrutacji Kruszek został przyjęty i stał się dumnym zawodnikiem miejscowego klubu. ( mam nadzieje, że cheerleaderki będą brzydkie ]:> ) Niestety treningi odbywają się często i - o dziwo- każą mu tam biegać. Wraca się Moje Kochanie zmęczone i przed każdym treningiem zaczyna litanię " O jak mi się nie chce..." ( Co jest nie prawdą, bo tylko czeka tych określonych dni i mówi tylko i wyłącznie o tym). Patrzę więc na niego i wysnuwam wnioski:
-Wiesz Skarbie, dziwny jesteś... jakbym się okazała w czymś dobra i dostała się do drużyny to skakałabym z radości. Jak Ty możesz się z niczego nie cieszyć?
_-Ale ja się cieszę... Nie widać? - mówi Kruszyn i żeby mi udowodnić tą swoją radość podnosi w górę ręce, jak ptak, który już prawie prawie chce wzlecieć, ale mu się nie chce.
-Oj Kruszku - staje nad nim kręcąc głową  nie nabierając się na jego udawaną euforię. - Dawno nie widziałam, żebyś skakał po mieszkaniu i szalał ze szczęścia...
-Bo ja jestem energooszczędny - odpowiada, a ja wtedy doznaję olśnienia! Ależ tak!
-Już wiem!- klaszczę w dłonie- ostatni raz widziałam Cie szczęśliwego kiedy taksówkarz po chamsku zajechał Ci drogę. Ty go wyprzedziłeś, po czym gdy znów Cię wymijał wystawiłeś rękę, urwałeś mu lusterko i prawie oskarżyłeś jeszcze o pogorszenie swojego stanu zdrowia!
Moje Kochanie szuka w pamięci, na jego twarzy pojawia się uśmiech, oczy zaczynają błyszczeć tym blaskiem...
-Oj tak, są chwile dla których warto żyć...
Nie wiem czy ktoś zna równie złośliwe stworzonko ;]

czwartek, 16 września 2010

        Ostatnio poznajemy z Kruszynem masę nowych ludzi. Co ciekawe, on  zawsze trafi na takich, którzy ni stąd ni zowąd wyciągają szablę i wymieniają z nim doświadczenia bitewne. Trafia widać swój na swego.... Pewnego razu, nie tak znowu dawno temu poznaliśmy na urodzinach mojej przyjaciółki pokaźną rzeszę nowych kobiet. Po powrocie z imprezy ( a muszę tu się wam zwierzyć, że Kruszyn odwoził owe  laseczki do miejsca zamieszkania- co mu się chwali, bo było późno w nocy) oczywiście, jak to baba musiałam sobie obgadać nowych znajomych. ( i przy okazji usłyszeć zdanie Mojego Kochania)
-Kruszku... A ta, no wiesz, taka, która siedziała koło takiej jednej, co przyszła z taką tą...to ładna była według ciebie, czy nie?- pytam jasno i klarownie i czekam na odpowiedź robiąc przy tym miny jak kot ze Shreka.
-A nie wiem, w sumie nie zauważyłem...- odpowiada Kruszek sennie nie zwracając przy tym uwagi na moją jawną prowokacje.
-No, ale zgrabna była na pewno...- ciągnę dalej, czekając na słabsze ogniwo w jego łańcuchu obrony
-No, może i zgrabna.. ale miała mały biust.
- Mały biust!?- bulwersuje się- jak to mały biust!
Podchody podchodami, no ale laska miała czym oddychać! O Co mu chodzi z tym biustem? Wystawia mnie na próbę czy jak? Może myśli o tej takiej innej, a nie tej takiej tej...hm...o co może mu chodzić? 
-O co Ci chodzi kochanie? Miała normalny, ładny biust!
-No, ale dla mnie za mały- mówi Kruszyn ospale, po czym dodaje- dla mnie jak ktoś ma mniejszy biust od ciebie, to ma mały. Jesteś moim wyznacznikiem biustowatości. 
Phi, też sobie wymyślił... Bidny on będzie, jak sobie umyśli zmianę kobiety ;p w końcu powyżej sto i "naście" w biuście znaleźć nie łatwo.
Żegna Was Wyznacznik Biustowatości ;D

wtorek, 3 sierpnia 2010

Fascynują mnie balkony. Z balkonu można się wdrapać na przykład na dach. To bardzo miła perspektywa. Siedziałam sobie na balkonie i kombinowałam, jak wprowadzić ten mój niecny plan w życie. Postanowiłam zrobić to techniką małych kroczków: najpierw noga na poręczy, potem druga na parapecie, potem kolejna na..niestety Kruszyn był szybszy i ( ciągnąć za szlufkę  u spodni) sprowadził mnie na ziemię. Oczywiście ofukałam go, obrzuciłam spojrzeniem pełnym wyrzuty i powiedziałam:
-Bo Ty mi na nic nie pozwalasz...
- Jak to nie - oburzył się - pozwalam ci oddychać! Powinno Ci to wystarczyć.
No tak, rzeczywiście.... łaskawca  :P

sobota, 31 lipca 2010

         Opowiem teraz trochę o spaniu z Kruszynem. I wstydzić powinien się ten, co miał brzydkie myśli! Będzie o spaniu-spaniu- co także jest wspaniałe, jak już człowiek się tak wtuli i poczuje się bezpiecznie. Moje Kochanie w spaniu jest prawdziwym mistrzem. Co noc to inna pozycja. Zaobserwowałam już na:
  • baletnicę- z jedną rączką na górze i fikuśnie wygiętą nóżką;
  • zapaśnika sumo- zrzucając mnie nie tylko z mojej połowy, ale i także z samego łóżka;
  • sokratesa- z rączką podpartą pod brodę, zamyśloną miną ( czasem także pomrukuje - pewno głowi się nad jakimś wielkim problemem filozoficznym);
  • supermena - na brzuchu z rączkami w górze i kołdrą, która imituje peleryną;
  • na Kruszyna - wszystkie członki we wszystkich kierunkach ( także nie ma wtedy miejsca dla innychśpiochów);
  • pogromce kotów - zrzucając przez sem mojego kota i to w taki sposób, że zahacza o sufit grzbietem; 
Jest jeszcze parę ale nie będę ich wymieniać publicznie ;)  I tak najlepsze są poranki. Nie zdziwię się kiedyś, jak moje dziecko nie wróci na noc do domu, ja do niego zadzwonię i okaże się, ze jest na koncercie rockowym i to z pozwoleniem od ojca, który nic nie będzie na ten temat wiedział. Sprawa wygląda tak: można z nim rano rozmawiać, można go nawet z łóżka wyciągnąć, a potem chwila moment, zasypia ponownie i... kaplica! Nic nie pamięta- jakby przespał całą noc! Kruszyn się budzi, składa zmówienie na śniadanie, pozwala mi je zrobić i śpi dalej, potem budzi się i z uśmiecham na twarzy ( "czemu mnie budzisz w środku nocy kobieto! jest dopiero 11!)  mówi, że właśnie na takie śniadanko miał ochotę. Często też rozmawia za mną przez sen. Przez długi czas oczywiście w to nie wierzył, dopiero jak nagrałam filmik aparatem zdołał się do tego przekanać. A rozmoaw w nocy była przednia. Budzę się i słyszę szept:
      -Muszę wypełnić swoje przeznaczenie...
Zaintrygowana sięgam po aparat, włączam nagrywanie i po cichutku podpuszczam go, by mówił jeszcze.
     -A co jest Kruszku Twoim przeznaczeniem?
A Moje Kochanie z całą powagą, nie otwierając oczy oświadcza:
     - Musze doręczyć paczekę...
No tak, praca kuriera jednak mąci psychikę. 



piątek, 9 lipca 2010

         Byliśmy niedawno u znajomych i czekając, aż będą gotowi zapuściliśmy się bezczelnie na rajd po ich mieszkaniu. Jak to czasem niebezpiecznie mówić: czujcie się jak u siebie w domu... Kruszyn na początku zaatakował lodówkę - ale ponieważ "połowa" znajomych jest studentką- wiele tam nie znalazł i ruszył dalej. Ostatecznym przystankiem była sypialnia - granicząca z kuchnią. Tym, co nas tam tak urzekło było łóżko. Ale nie zwykłe łóżko, takie jakie mamy u siebie, o nie! To była kwintesencja łóżkowatości. Ciągnęło się od ściany do ściany. O tak, takie łóżko jest spełnieniem wszystkich marzeń. Od razu pomyśleliśmy z Kruszynem o tym samym - dwójka z nas wstrętnych zazdrośników ;P No, ale mieć taką sypialnię..ach! cudo! Człowiek przychodzi zmęczony po całym dniu, pada na to wielkie, mięciutkie łóżko, przytula się do ukochanej drugiej połówki ...jeszcze tylko światło na klaskacza, żeby nie trzeba było się ruszać... Natychmiast podzieliłam się tą wizją z Kruszynem.Popatrzył na mnie i pokręcił głową.
- Światło na klaskacza odpada
-Ale dlaczego? - zdziwiłam się, przecież Kruszyn tak samo jak i ja najchętniej wstąpiłby do partii leniuchów, gdyby nie to, że jest tak leniwy , że nie chce mu się zapisać.- przecież to bardzo wygodne!
-Ta owszem, ale pomyśl sobie co by było gdybyśmy się bzykali od tyłu.
No cóż...jak śpiewał Akurat: dyskoteka gra ;]

poniedziałek, 14 czerwca 2010

          Wracając do tematu zmiany pracy... nie można mówić o nowej pracy pomijając starą. Kruszyn jeździł po całej Polsce, dostawałam MMSy z najróżniejszych ciekawych miejsc, nawet w soboty bywaliśmy na kawie "u Szefowej". Tęskno będzie do białego Iveca, którego nazwaliśmy Iwanem...że też baby muszą przywiązywać się do rzeczy. No i oczywiście Kruszyn nie znajdzie już tak dbającego o niego Szefa. Pamiętaj jak jechaliśmy kiedyś razem...Było już po siódmej i choć słońce jeszcze nie wzeszło myśmy już od paru godzin przecinali autostradę pieczołowicie napełniając szoferkę papierosowym dymem.Wtedy rozdzwonił się telefon służbowy. Kochany Mój kliknął więc w bezprzewodową słuchawkę i po chwili dało się słyszeć zaspany głos Szefa.
   -  Kruszyn, o której ja miałem cie obudzić - zapytał zaspanym głosem wypełniając jednak ten smutny obowiązek jakim jest obudzenie Mojego Ukochanego Kierowcy. A trzeba tu dodać, iż czasami jest to prawie niemożliwością.- Która to miała być? Szósta rano? Siódma?
   -  Piąta Szefie...piąta...
No, ale przecież liczą się chęci ;]
     Kruszyn zmienia pracę. Przez parę dni jeździł, robił zdjęcia, załatwiał papierkową robotę, w końcu przyszedł zadowolony z siebie- co było  znakiem, że albo był w Mac'ku beze mnie, albo wreszcie mu się udało osiągnąć cel i zmiana pracy została dopięta na ostatni guzik. Rzeczywista okazała się opcja druga. Postanowiłam więc dowiedzieć się czegoś więcej o tej nieszczęsnej firmie decydującej się na jego usługi.
-No i jak tam kochanie? Co powiedział przyszły szef? - zapytałam przymilnie, chociaż w głowie już miałam ułożony plan działania.
-Nie szef, a szefowa. Powiedziała, że kogoś z moim doświadczeniem grzechem było by wypuścić- odpowiedział dumnie wypinając pierś.
Ha! i tu cię mam! S z e f o w a. I jeszcze go chwali. No ładnie...
-To super Kochanie! A miła jakaś?- drążyłam temat z wrodzoną kobiecą subtelnością- Młoda? Szczupła?  A zamężna czy singielka? No, ale na oko to na ile lat wygląda? Co lubi? Gdzie mieszka? Pewno blondynka...- w dalszym ciągu delikatnie badałam nowy teren. No, ale cóż..Biorąc pod uwagę, że już trochę czasu spędziliśmy w swoim towarzystwie mój mężczyzna- sama nie wiem jakim cudem- przejrzał moje zamiary. 
-A czy Ty nie jesteś o mnie przypadkiem zazdrosna? - uśmiechnął się podejrzliwie
-ja! JA!?- spytałam siląc się na ton wprost ociekający obojętnością- No coś Ty...Oczywiście, że jestem! A zresztą Kruszyn, muszę być o Ciebie troszkę zazdrosna, dziwisz się? - postanowiłam ugłaskać go komplementem. Efekt zostałby nawet osiągnięty, gdyby nie teatralny szept teściowej, która przysłuchiwała się rozmowie z przedpokoju. Przestąpiła przez próg, obejrzała Kruszyna z każdej strony i podsumowała
-No, nie wiem jak ty, ale ja się dziwię.
-Mamo, nie pomagasz mi...-odgryzł się tylko Kruszyn, ale ja i tak wiem co miała oznaczać ta uwaga ;D  To się nazywa kobieca solidarność jajników. Niach niach niach

czwartek, 27 maja 2010

      Jeżeli jesteś na studiach to jest parę rzeczy,  do których zobowiązuje Cię.kodeks studencki. Powinieneś chodzić na wykłady ( hahaha!) Powinieneś prowadzić czytelne notatki ( na wypadek, gdyby ktoś chciał je skserować). Powinieneś tez być prawdziwym studentem-przyjacielem, w wolnym przekładzie oznacza to, że piwa kolegom z grupy nie odmówisz. Ponieważ jestem dobrym i pilnym studentem to twardo trzymam się tych zasad, a przynajmniej ostatniej. Wróciłam więc do domu po dwóch piwach, a ponieważ jestem ekonomiczną kobietą od razu zwinęłam się w kłębuszek i oddałam się marudzeniu o tym jak mnie głowa boli. Moje marudzenie trwało by i dłużej, gdyby nie Kruszyn, który akurat wszedł do pokoju i popatrzył na mnie jednym z tych swoich wszechwiedzących spojrzeń.
-Na piwku byłaś? - bardziej stwierdził niż zapytał.
-aha- odpowiedziałam zbolała
-Kiepsko się czujesz? -drążył temat Mój Kochany podchodząc i gładząc mnie po głowie.
-boliiii- odpowiedziałam kuląc się jeszcze bardziej.
-A chcesz coś na głowę? - zapytał, a w mojej duszy zakwitła nadzieja na tabletki przeciw kacowe.
- A co masz? 
Kruszyn uśmiechnął się szeroko i odpowiedział:
- Siekierę.
Kochany, któż inny tak by się o mnie troszczył.

środa, 19 maja 2010

          W poniedziałek opijaliśmy kolejny rok życia największego Cynika jakiego dane mi było poznać ( ukłon w jego stronę - sto lat Paskudo). Piwko, pogaduchy i cała masa fajnych ludzi- czyli to, co tygryski lubią najbardziej. W penym momencie zapytaliśmy się solenizanta o prezenty, a on wymieniając je zamknął listę słowami:
- I jeszcze parę czerwonych długopisów, z zaznaczeniem, że są do wpisywania jedynek... 
             Ach, rozmarzyłam się, jakże miło i przyjemnie było na praktykach! Jaki szczęśliwy był wtedy człowiek! Te ufne twarzyczki dzieciaków! Ostre pazury gimnazjalistów! Pisanie konspektów do drugiej w nocy, nerwy, brak snu i spokoju. Jakże mi tego brakuje! Jak bardzo chciałabym wrócić do szkoły, znów usłyszeć "dzień dobry Pani", pozadawać im zadania domowe... Osunęłam się wygodnie w knajpowy fotel, westchnęłam głęboko i zwierzyłam się z moich pragnień:
-Jak ja dawno żadnej pały nie postawiłam...

Tak, nie tylko Kruszynowe towarzystwo jest monotematyczne. Śmiali się ze mnie chyba z 5 minut- ale między Bogiem, a prawdą- chyba mi się należało!
             Zbliża się dzień wesela naszych znajomych i wpadłam w szał zakupów. Lakier do paznokci, kolczyki, błyszczyk (a może szminka?), solarium, poszukiwanie butów.... Kruszyn nadziwić mi się nie może i patrzy na mnie uśmiechając się ironicznie tam pod swoimi sumiastymi wąsiskami. Facet, phi. Właściwie to pojechał, więc relację z wizyt u kosmetyczek i fryzjerek zdaje mu telefonicznie (po parę razy dziennie, żeby był na bieżąco). Chyba pierwszy raz się cieszy, że jest na drugim końcu Polski. Ale w weekend na swoje nieszczęście był i poszedł ze mną do sklepu. Właściwie to szliśmy tylko do spożywczaka, ale by tam dotrzeć musieliśmy minąć całą galerię. Oczywiście po drodze było pełno ciekawych sklepów z rzeczami, które akurat-są-mi-niezbędne-i-to-JUŻ. Kochany mój podążał więc za mną z miną cierpiętnika przytrzymując mnie troszkę mocniej, gdy mijaliśmy wejścia. Dotarliśmy do naszego celu nawet  łatwo i po chwili- zaopatrzeni w pizzę wracaliśmy już do domu. I wtedy pojawił się sklep z butami ( butów szukam już dłuższy czas i szlag mnie trafia, bo nie mogę znaleźć sobie takich wymarzonych). Spojrzałam więc na Kruszyna najsłodszym spojrzeniem( takim, od jakiego zęby zaczynają boleć).
-Koooooooochanie, a czy ja mogę, tak na sekundeczkę...na setną sekundeczki zajrzeć do tego sklepu? Tak tylko przelotnie? Pozwolisz??? -  zapytałam go używając całej mojej siły manipulacji. Sklep był całkiem pokaźny, w portfelu miałam jeszcze trochę kasiurki wiec zapowiadało się co najmniej półgodzinne przymierzanie i mierzenie, a Kruszyn w sam raz wyglądał na darmowego tragarza.
-Oczywiście, że Ci pozwolę - odpowiedział od razu - dlaczego w ogóle prosisz o pozwolenie?
Uśmiechnęłam się szeroko czując, że wygrałam ta bitwę i już miałam skręcać w stronę wejścia, gdy Krusyzn dopowiedział jeszcze:
-Tylko wiesz co kochanie - obniżył ton głosu, opuścił wzrok i niczym bohater jakiegoś dramatycznego filmu fantasy dodał: - Tylko bądź świadoma, że tą podróż odbyć będziesz musiała w samotności...
Ponieważ minę miał poważną, a w reklamówce była pizza dałam się jednak przekonać, by iść do domu. Wyszło na to, że wybrałam swoje przeznaczenie ;P

sobota, 15 maja 2010

            Pamiętacie może ten ostatni film o Batmanie? Głośno o nim było, bo fajnie im ekranizacja wyszła ;) Otóż, siedzę sobie w domu - Kruszyna znowu na drugim końcu Polski - i ogarnął mnie szał kinowy. Wszystkie komedie romantyczne zdobyte od Skrzypaczki już zobaczyłam, teraz przyszła więc oklej na klasykę ekranizacji komiksów.
          W Batmanie - pomijając oczywiście seksownego głównego bohatera pomykającego w lateksie - najlepsze jest sztuczka ze znikającym ołówkiem. Och, nie raz marzyło się, żeby pokazać ją tym mniej lubianym wykładowcom. Tak więc pogrążyłam się w rozmyślaniach nad własnymi magicznymi zdolnościami. Ze zmartwieniem muszę stwierdzić jednak, że żadnych nie posiadam ( no, chyba że zalicza się do nich niesłychana wprost cierpliwość do własnego faceta). Za to Kruszyna to urodzony magik! Wystarczy choć na chwilę wypuścić zapalniczkę z ręki i ...PUF!!! Czary-mary, abrakadabra bęc! Ani widu, ani słychu! Zapalniczka rozwiewa się pozostawiając niewinny obłoczek magicznej mgiełki. Oczywiście istnieje możliwość, że za jakiś czas odnajdzie się swoją zapalniczkę gdzieś w odmętach Kruszynowych kieszeni. Ale zazwyczaj - chociaż jesteś pewny, że to TWOJA - zapalniczka wygląda już całkiem inaczej i nawet ma własną historię ( wyjątkowo przekonywującą, zawierającą nawet miejsce jej urodzeni tzn kiosk na rogu).
          Tak więc nikt nie ma większego talentu do sztuczek z zapalniczkami, jak moje kochanie. On sam jednak milczy na ten temat- no bo w końcu, który magik zdradza swoje sekrety. Od czasu do czasu śmieje się jednak tajemniczo, a ja jestem gotowa przysiąc, że można wtedy dosłyszeć w tym śmiechu delikatne echo słów:  I gonna make this lighter disappear...

piątek, 14 maja 2010

sobotnie zabawy z bronią...;)

sobota, 8 maja 2010

      Przez większość czasu marzyłam o rycerzu a białym koniu. I w końcu mam rycerza, przez pewien czas był  też i biały koń. A teraz - jako, że pazerna ze mnie baba- chce mi się więcej i więcej. I tak rozprawialiśmy o rycerstwie z Kruszynem i stwierdziłam, że wymachiwanie mieczem to jednak fajna sprawa, i że też chciałabym spróbować. Zająć się tym na poważnie, uczyć się cięć i wszystkiego co tam jest potrzebne. Oczywiście usłyszałam stanowcze NIE, które Moje Kochanie poparło wybitnymi argumentami. Pojawił się zasadniczy problem płci (phi!), braku doświadczenia, sprzętu, wystarczającej siły itp. itd. Jako, że wczułam się już w role nauczycielki wychodzę z założenia, że to zawsze ja mam racje i przekonać się nie dałam ani trochę. Kruszyn wysunął więc argumenty ciężkiego kalibru:
-A poza tym nie jesteś aerodynamiczna - powiedział i przybrał minę zwycięscy.
-Aaaerodynamiczna!? - spytałam z powątpiewaniem - a Ty to akurat jesteś aerodynamiczny!
-Kochanie, mój brzuch jest mniejszy niż twoje piersi - zakończył dyskusję z uśmiechem i odszedł w stronę komputera. No tak, w końcu argument nie do przebicia....

poniedziałek, 3 maja 2010

        W ramach grilla ze Swatami oddaliśmy się jakże chwalebnemu tematowi swobody i nie-swobody w związkach. Oczywiście- jak zawsze przy takich rozmowach- kobiety trzymały swoją stronę, a mężczyźni swoją. Kruszyn wczuł się w role mówcy i donośnym głosem nawoływał do zwiększenia wolności, którą należy się  mężczyznom. Jest to wyjątkowo liberalny człowiek, więc jego poglądy nikogo nie powinny dziwić. Od niepamiętnych lat ofiaruje z radosnym uniesieniem wszelką wolność określonym częściom swojej garderoby- no bo jak ktoś śmie zamykać biedne skarpety w szafce, kiedy mogą korzystać z wszelkich wygód życia leżąc na środku pokoju! - Akurat te jego poglądy popieram całkowicie, bo ze mnie też jest straszny bałaganiarz :) Ale co do swobody w związkach jestem troszkę bardziej konserwatywna. Nie uważam się jednak za jakąś wyjątkowo wredną babę i z pełnym oburzeniem pytam się, czy rzeczywiście mu za mną, aż tak strasznie. Ponieważ wybiłam go z rytmu agitacji spojrzał na mnie jak XVI wieczny kaznodzieja na czołowego heretyka i rzekł z przekąsem:
- No tak, według Was [kobiet] to mężczyzna powinien myśleć w kategorii : ja mam dużo swobody, czasem mogę iść z nią na zakupy. - po czym wrócił żywo do przerwanego wątku.
Niby dobry argument...Szkoda tylko, że na zakupy zazwyczaj chodzę sama, bo Kruszynowi się nie chce. Czyżby dobrowolnie rezygnował z wolności? (Stawiam jednak na małego lenia).

wtorek, 27 kwietnia 2010


Rozmawiałam dzisiaj z Azariashem o związkach damsko męskich. Temat wdzięczny wielce- szczególnie gdy pogoda tak piękna. W pewnym momencie pochwalił się, że kupuje swojej kobiecie kwiaty bez okazji. -A Kruszyn kupuje Ci kwiaty? - zapytał.
-Na razie nie ... - odpowiedziałam, a widząc jego zdziwione spojrzenie zaczęłam tłumaczyć - Kiedyś byliśmy razem z Moim Kochaniem na festynie a'la pochód pierwszomajowy, taki mały powrót do absurdów tamtych czasów. Była woda gazowana z saturatora, stare samochody, piękna majowa pogoda i kiełbaski z grilla. Była też strzelnica z oszukanym karabinem ze skrzywiona lufą. Kruszyn spojrzał na mnie z uśmiechem godnym kinowego amanta, chwycił broń i wycelował. Trafił już w pierwszym strzale i dostałam dzięki temu piękną czerwoną różę. Chociaż słowo piękna jest tu raczej nie na miejscu...róża nie dość, że była sztuczna, to właściciel kramiku ozdobił ją zapachem męskiego dezodorantu. Ale ponieważ darowanej róży nie zagląda się w kolce- przyjęłam kwiat z wielkim uśmiechem, ciesząc się, że mam takiego bohaterskiego mężczyznę. On też był wyjątkowo z siebie zadowolony. Przytulił się do mnie, dał mi buziaka i stwierdził, że kolejną dostanę dopiero wtedy, gdy ta mi zwiędnie...Trzeba przyznać, że ma on głowę do interesów...

czwartek, 22 kwietnia 2010


Uciekliśmy z Kruszyną od problemów, które się tu kręcą i pojechaliśmy w trasę z ładunkiem. Bardzo to pomaga i relaksuje, w szczególności gdy trzeba sobie coś przemyśleć. Sama droga mogła wydawać się monotonna : od granicy do granicy- przez Warszawę i do domu. Wyjechaliśmy w nocy i wróciliśmy w nocy. Na szczęście Kruszyn jest idealnym kompanem do jazdy :) Kilka ciekawych przemyśleń, dobre płyty, pełno dziur w drogach, rozwalone zawieszenie. nic dziwnego, że magiczne słówko *Kurczak towarzyszyło mojemu nerwowemu kierowcy przez cały dzień. Pod koniec trasy sam zauważył, że coś za dużo wulgaryzmów w naszej rozmowie.
-Musimy czymś zastąpić słowo *kurczak - powiedział Kruszym omijając kolejną dziurę.
-Tak, zgada się, zdecydowanie go nadużywamy.
Mój mężczyzna zamyślił się na chwile, a potem powiedział z przejęciem
No, ale *Kurczak nie da się!
Zwątpienie przyszło, kiedy mieliśmy do wyboru dwie drogi.
-Dlaczego nie jedziemy przez Włocławek?- Zapytałam
-O nie! po moim trupie!
-Dlaczego? Nie chcesz wlokąc swój ból kochać mnie jak Irlandię?- zapytałam
-Jechałem już przez to miasto - powiedział pogrążając się w czarnych wspomnieniach - wiem co sprawiło ten ból ludziom z Włocławka.
Tak, ta piosenka ewidentnie była o straconym zawieszeniu.



( *nie będę tutaj demotywowała gimnazjalistów)

poniedziałek, 19 kwietnia 2010


Nawet nie wyobrażacie sobie jakie to piękne uczycie, gdy sam możesz zarobić na fajki :) No może nie tyle zarobić, co dostać je w nagrodę za dobrze wykonaną pracę. Dostałam projekt sukienki i musiałam umieścić ją na modelkach. Rysowałam cały weekend i nawet niektóre panienki powychodziły mi całkiem całkiem. Kruszyn patrzył mi tylko przez ramię i wypowiadał swoje zdumienie od kiedy to rysuję kobiety ubrane i to w więcej niż bikini. Nie zna się i tyle. Co projekt to projekt. W końcu zadowolona oddałam je w dobre ręce i tam też uzyskały uznanie( moja duma artysty została mile połechtana). Miło się zrobiło, a ponieważ nie chciałam przyjąć pieniędzy za rysunki ( no bo jakże to tak!?) dostałam w prezencie mową porcję pokarmu dla raczka. Mniamuśnie;) Jadę więc zadowolona do mojego kochania, które oczywiście wierzy we mnie i wspiera mnie na każdym kroku. Widząc moją radość z dobrze wykonanej pracy od razu zapytał się o powód.
-jesteś podejrzanie zadowolona - powiedział z nieufnością przyglądając mi się z bliska - nie odstawiłaś tych różowych tableteczek?
-nie, dostałam fajki :D
-od kogo?
-zleceniodawcy- odpowiadam i patrzę mu z ufnością w oczy - skoro cały weekend spędziliśmy u ojca na ranczu to pewnie pamięta jak mu mówiłam o tych rysunkach. Ba, nawet same rysunki pamiętać musi, skoro był w trakcie ich tworzenia.
-zleceniodawcy?
-no zarobiłam na nie, można tak to ująć...- tłumaczę cierpliwie- w końcu to tylko mężczyzna.
-jak zarobiłaś - Kruszyn robi się coraz bardziej podejrzliwy.
-no a jak można zarobić na papierosy w dzisiejszych czasach- wzdycham z rezygnacją - po prostu fajki dostałam za laseczki.
Jego mina była bezcenna. Jaki z tego wniosek? Mój mężczyzna po prostu mnie nie słucha...a potem jeszcze marudził, ze nic mu nie mówiłam o swojej działalności. Eeh, faceci...

środa, 14 kwietnia 2010

Odwiedziłam dziś moją klasę gimnazjalną...Prawdę mówiąć to skoczyłam na chwilkę, by pozałatwiać wszystkie papierkowe sprawy. W każdym razie, wchodzę grzecznie do klasy, i idę w stronę mojej Profesorki, która nie jest moją Profesorką, tylko Profesorką zupełnie innego rodzaju. Pytam się więc uprzejmie
-A cóż to się stało z moją Profesorką?
- A kim Pani jest? - Pyta w odpowiedzi nie-moja Profesorka
- Praktykantką- odpowiadam zgodnie z prawdą - miałam lekcje w tej klasie, kręcę się tu u Was od października..
-Acha- powiedziała wielce uradowana- to poprowadzi im Pani lekcje! - i zostawiła mnie samą z bandą gimnazjalistów ( każdy z nich miał zęby i pazury).
W efekcie zamiast gramatyki graliśmy przez całą lekcje w wisielca ( oczywiście słowa musiały posiadać trudność ortograficzną- żeby choć trochę wpisywać się w temat lekcji).
Dziwne, że prawie co druga grupa próbowała przeszmuglować na tablicę słowo Demotywatory. Jakby na to nie patrzeć- internet rozwija ich słownictwo ;]

wtorek, 6 kwietnia 2010

Warsztaty dla mężczyzn

Kurs jest dwudniowy i obejmuje następujące zagadnienia:

DZIEŃ PIERWSZY

1. JAK WYKONAĆ KOSTKI LODU?
Instrukcja krok po kroku wraz z prezentacją.

2. PAPIER TOALETOWY - CZY WYRASTA NA UCHWYTACH?
Dyskusja.

3. RÓŻNICE POMIĘDZY KOSZEM NA PRANIE A PODŁOGĄ.
Ćwiczenia praktyczne z pomocą zdjęć i wykresów.

4. NACZYNIA I SZTUĆCE: CZY LEWITUJĄ, SAMODZIELNIE KIERUJĄC SIĘ DO
ZMYWARKI ALBO ZLEWU?
Debata panelowa z udziałem ekspertów.

5. PILOT DO TELEWIZORA - UTRATA PILOTA
Linia pomocy i grupy wsparcia.

6. NAUKA ODNAJDYWANIA RZECZY
Otwarte forum tematyczne - Strategia szukania we właściwych miejscach a
przewracanie domu do góry nogami w takt rytmicznego pokrzykiwania.

7. ZAPAMIĘTYWANIE WAŻNYCH DAT I POWIADAMIANIE W WYPADKU SPÓŹNIENIA
Pamiętaj o zabraniu własnego kalendarza lub telefonu komórkowego.

DZIEŃ DRUGI

1. PUSTE KARTONY I BUTELKI - LODÓWKA CZY KOSZ?
Dyskusja w grupach i ćwiczenia praktyczne.

2. ZDROWIE - PRZYNOSZENIE JEJ KWIATÓW NIE JEST GROŹNE DLA ZDROWIA.
Prezentacja PowerPoint.

3. PRAWDZIWI MĘŻCZYŹNI PYTAJĄ O KIERUNEK, KIEDY SIĘ ZGUBIĄ.
Wspomnienia tych, którzy przeżyli

4. CZY MOŻNA SIEDZIEĆ CICHO, GDY ONA PROWADZI.
Gra na symulatorze.

5. DOROSŁE ŻYCIE - PODSTAWOWE RÓŻNICE POMIĘDZY TWOJĄ MATKĄ A TWOJĄ
PARTNERKĄ.
Ćwiczenia praktyczne i odgrywanie ról.

6. JAK BYĆ IDEALNYM PARTNEREM NA ZAKUPACH.
Ćwiczenia relaksacyjne, medytacja i techniki oddechowe.

7. TECHNIKI PRZEŻYCIA - JAK ŻYĆ, BĘDĄC CAŁY CZAS W BŁĘDZIE.
Dostępni indywidualni psychoterapeuci.

8. CHOINKA - CZY MUSI STAĆ DO WIELKANOCY.
Telekonferencja z udziałem Świętego Mikołaja.




muszę zapisać tam Kruszynę :)

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Śmigus Dyngus! - zawołał Kruszyn wrzucając mnie rano do wody
Śmigus Dyngus! - zawołał Teść celując w Kruszynę myjką pod ciśnieniem.

W przyrodzie nic nie ginie ;]

wtorek, 30 marca 2010

Leżeliśmy przytuleni do siebie. Kruszyna znowu gdzieś niesie w świat, ja muszę do moich gimnazjalistów i tym sposobem przyszło nam rozstać się na parę dni. W każdym razie jako kobieta - stworzenie romantyczne - liczyłam na jakieś czułe pożegnanie. Kruszyna przytulił się, romantycznie wsadził rękę w spodnie i orzekł: "Masz zimną pupę, trzeba cię rozgrzać"
"No wreszcie!" - ucieszyłam się w myślach. Natomiast moje kochanie popatrzyło na mnie i stwierdziło:
-turlaj się! to wywoła tarcie, a to z kolei ciepło- i wesołym krokiem udał się w stronę komputera.

Od niepamiętnych lat noszę na szyji groszówkę, przebitą i zawieszoną na łańcuszku. Ot, takie symboliczne szczęście, oryginalny talizman. Niestety grosz noszony już od dziesięciu lat wstecz uległ lekkiemu rozkładowi- moje innowacyjne zawieszenie poszło w drobny mak... Płacz był straszny, bo jak na kobietę przystało przywiązuję się do rzeczy. Po pewnym czasie dostałam w prezencie od Kruszyny drugiego grosza. Specjalnie dla mnie wybrał taki nowy i błyszczący, pojechał po wiertło, dostałam nawet nowy łańcuszek. Tylko, że wiertło miało swoje rozmiary, a grosz, jak wiadomo nie jest symbolem wielkości. Mam więc grosza, w którym 1/4 to dziura. Liczą się jednak chęci, i już sam fakt, że mój Kruszyn sam z siebie chciał poprawić mi humor wydaje mi się cudowna.
Pewnego razy wybraliśmy się z Mhrosznymi na rynek, by oddać się alkoholowemu błogosławieństwu po całym długim tygodniu. Siedząc na ławce, bawiłam się moim nowym groszem, co zainteresowało Mhrocznego Pierwszego:
_A co ty masz tu taką dużą dziur? - zapytał spoglądając na moje cacuszko.
- A bo Kruszyn rżnął, a mniejszego sprzętu nie ma niestety...

Nie wiem dlaczego to towarzystwo jest takie monotematyczne o.0

poniedziałek, 22 marca 2010


Wybór imienia to niełatwa sprawa. Jakoś nigdy nie możemy z Kruszyną dojść do wspólnych wniosków przy podejmowaniu tej trudnej decyzji...Zarówno względem dzieci ( przyszłych) jak i pas ( także przyszłego, ale w aspekcie przyszłości o wiele bliższej) Rozważaliśmy dzisiaj parę opcji. Pupi ( opcja Teściowej), Bruno, Brutus, Cezar, Cezary-Cezary, Wynocha-z-mojej-kanapy, albo Zostaw-to-obiad-dla-gości. Padłą także propozycja nazwania go z leksza z rosyjska ( ponieważ zaczytuję się teraz książkami Kornewa). Tak wiec rosyjski Misza, stał się Miską i pomysł umarł. Nie idzie się dogadać z tym facetem! Przedyskutowaliśmy także, czyn ie warto nazwać go Gryś, ale w końcu uznaliśmy, że nie ma po co psu niepotrzebnie w głowi mieszać ( Gryś nie gryź!). Myślimy też na Ursą- jeśli była by to suczka...Chociaż podejrzewam, że ten nasz pies i tak będzie święcie przekonany, że imię jego brzmi po prostu Zostaw!

wtorek, 16 marca 2010


W czerwonym prawie-ferrari wysiadły światła stopu. Kruszyn od razu dzielnie ruszył do naprawy cały czas marudząc na temat konstrukcji i tego "po jaką cholerę światła są tam, a nie gdzie indziej". Oczywiście nie obyło się bez wspomnień o "pierwszym samochodzie", w którym wszystko było prawie magiczne, sprawne i w ogóle jeździł na wodę :P Fiat 126p - bo o nim mowa- poruszył w duszy Mojego Kochania jakąś czułą strunę...
- Nawet nie wiesz jak mój maluch jeździł na ręcznym! - powiedział Kruszyn, a ja - jako baba monotematyczna prawie umarłam ze śmiechu. Niezrażony niczym, ciągnął dalej swoja opowieść pewno myśląc, że nie znam się na motoryzacji. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, ze w pewnym momencie prawie zaczęłam się turlać po ziemi. Ale to nie przez to, że nie jestem fanką maluchów. Rozbroiło mnie zdanie: "Tylko z tym ręcznym był problem, ciężko było go spuścić".
Rozmowy o motoryzacji mogą być wyjątkowo zabawne ;]

poniedziałek, 15 marca 2010


Zdarzyło się kiedyś, że były Walentynki. Upiekłam więc Kruszynce tort, wycięłam z niego kształt serca i ruszyłam śmiało do drugiego miasta, żeby mu ten prezent wręczyć. Niestety w autobusie spotkałam przyjaciółkę, zagadałyśmy się i zamiast w mieście Kruszyny wysiadłam parę wiosek dalej w Szczygłowicach. Kiedy po godzinie brnięcia przez śnieg, który kończył się parę metrów nad moją głową wreszcie dotarłam do Kruszyny, ten nawet nie zdziwił się moim spóźnieniem. "Myślałam, że utknęłaś gdzieś i robisz zdjęcia..." no tak, to akurat było możliwe... W ogóle nie przejął się, że podczas tej wyprawy mogłam zginąć zasypana śniegiem, bądź rozszarpana przez polarnego niedźwiedzia.
Parę miesięcy później wybraliśmy się w góry. Ponieważ zagnało nas w "moje" okolice postanowiłam poprowadzić. Niestety w poowie okazało się, że szlak jest zamknięty z powodu wyrębu drzew. Poszliśmy więc na przełam i w końcu- po dość trudnej i mozolnej wspinaczce - dotarliśmy na szczyt. Niestety, po powrocie do domu nie obyło się bez złośliwych komentarzy Kruszyna.
_No pięknie Pani przewodnik. To był rzeczywiście "zielony" szlak. Te zielone chaszcze...
-Beze mnie to byście zabłądzili jak nic!- odgryzałam się jak tylko mogłam, bo nie mogłam przecież przyznać mu racji - spadlibyście w przepaść. Błądzili przez parę dni bez wody i jedzenia. Napadły by was wilki i niedźwiedzie!
-W tym momencie Moje Kochanie spojrzało na mnie ze śmiertelną powagą i powiedział poważnym tonem:
- Nie kochanie. Wszystkie niedźwiedzie wyemigrowały do Szczygłowic.
Po ostatnim piwie wdaliśmy się z Kruszyną w dyskusje na temat związków damsko-męskich. KUrszyn- jako rasowy samiec zaczął wymieniać z szowinistycznego punktu widzenia wszystkie znane ludzkości kobiece wady. I wymieniał i wymieniał i wymieniał bez końca.
-Godzinami przesiadujecie w łazience! Wasze zakupy trwają niesłychanie długo! Zawsze jak coś się wam powie, to potem to nadinperpretujecie!
-To dlaczego mężczyźni w ogóle wiążą się z kobietami?-zapytałam się podejrzliwie, czując, że tak naprawdę nie chcę znać tej odpowiedzi.
-Jak to dlaczego? - popatrzył na mnie z nieukrywaną wyższością - stały związek z kobietą gwarantuje, że jest seks.
Przezornie zamilkłam, zastanawiając się w duchu, co za teorię jeszcze wymyli mój kochany. Kruszyna jednak przestał chyba być pewny swojej teorii, bo zatrzymał si nagle, zrobił minkę szczeniaka, który właśnie narozrabiał i powiedział przesłodkim głosem:
-no, bo będzie..prawda?
Trudno było się nie roześmiać. Kiedy ja zaśmiewałam się do łez, Kruszyn wpisał na listy kobiecych wad jeszcze jedną: są nieczułe na potrzeby mężczyzn.

i jak to niby zinterpretować?

niedziela, 14 marca 2010


Siedzieliśmy u teściów i wypatrywaliśmy wiosny. Dobra wiosna nie jest zła :D Ponieważ Teść uwielbia wielkie motory- numerem jeden w jego sercu jest honda valkyrie. Moje kochanie prawko na motory ma już zdane, teraz tylko zbiera na swoje cacuszko. I wywiązała się rozmowa, że jeszcze trochę i można będzie już jeździć po ulicach. Kruszyna, pijąc herbatę rzucił jeszcze podejrzliwe spojrzenie w stronę ojca :
- Chyba, że uruchamiałeś już potwora w tym roku?
W tym momencie Teściowa spuściła oczy i rumieniąc się wyznała: Tak! i to już parę razy ;P

czwartek, 11 marca 2010

Kochanie Moje śpi snem niewinnych. Niczym niezmąconym, twardym jak kamień, często nieraz nie sposób go dobudzić. Wstanie, pogada, idzie spać znowu i nic z rozmowy nie pamięta. Dzisiaj jednak miał sen.
-Śniło mi się, że przypłynąłem na Wolin prawdziwym drakkarem! Ogromnym! A ty stałaś na brzegu, z błyszczącymi oczami, w pięknej lnianej sukni. Twoimi włosami bawił się morski wiatr...Podziałaś mój wielki statek i zapałałaś miłością do dzielnego wikinga...
-Czyli byłam pierwszą, wczesnośredniowieczną blacharą?
Kruszyn popatrzył na mnie, zastanowił się.
-Raczej wczesnośredniowieczną drewniarą. A potem śierśćiarą - poleciałaś ma mojego dużego konia.
I bądź tu normalnym w takim towarzystwie;)

środa, 10 marca 2010

Paskuda rodzaju żeńskiego uczy się na poprawkę egzaminu z przedmiotu-trudnego-i-to-bardzo. Na paskudzie rodzaju męskiego nauka ta wrażenia żadnego nie robi. Paskud zerka tylko czasem i prycha pogardliwie. Czy on nie może zrozumieć, że nauka na dzień przed ostatnim terminem to też tradycja!? Teoria ta nie robi jednak na nim żadnego wrażenia, co więcej przypomina mi, że przez to wylali mnie za pierwszym podejściem. Czy mam wspominać, że to był ten sam przedmiot? Za nic nie przyznam mu racji!

Był taki zwyczaj z moimi panami na uczelni, że zawsze zamiast na wykłady szliśmy na piwo. Zwyczaj stary jak świat. A my - wzorowi studenci- nie śmiemy się takim tradycjom sprzeciwiać. W trakcie drogi, podczas gdy jeden odbiera telefon zwierzam się drugiemu z naszego "psiego zamiaru"
-Myślimy nad psem!- piszczę zachwycona, bo już oczami wyobraźni widzę siebie, Kruszynę i nasze maleństwo biegnące po ukwieconej łące w stronę zachodzącego słońca!- będzie duży, włochaty i obślinony!
-duży? Włochaty? obśliniony?To by wyjaśniało dlaczego z nim jesteś - podsumowuje kolega, który stracił początkowy fragment rozmowy.
Jak dobrze mieć przyjaciół, którzy rozumieją wszystko bez słów!
Zaczęliśmy myśleć o wspólnym mieszkaniu.
Ponieważ nasza kochana babcia coraz częściej umila nam rodzinne obiadki, kawki, śniadanka i tym podobne sprawy. Nie żeby jej subtelne aluzje w jakiś sposób nam przeszkadzały... "Opowiadałam wam jak zbierali mi ropę z kolana?","Dzisiaj znowu wypadł mi ząb, o zobacz! jest tak duży jak kawałek sera na twoim toście!" czy " Mam kłopoty z kupą. Cały ranek się męczyłam .Co? właśnie chciałeś iść do łazienki?w takim wypadku patrz pod nogi.."
To po prostu urocza, niegroźna staruszka. Zdarza jej się też czasem powiedzieć coś pozytywnego( "Już wykupiłam sobie miejsce w domu starców")
Nasze gniazdko musiałoby być gdzieś blisko, żeby wpadać do niej co dzień...Najlepiej blisko lasu.
Bo gdy tylko pojawił się pomysł mieszkania doznaliśmy łaski olśnienia. Pies! Tak, pies o którym zawsze marzyliśmy! I to nie zwykły pies, o nie! Nowofundland z krwi i kości. Tylko, że zanim pójdziemy na swje, to z rok trzeba na to "swoje" odkładać. Idea psa jednak został i Kruszyna stara się nakłonić do niego teściową.
-nie- rzecze teściowa tonem władczym i stanowczym, bo już podejrzewa co się będzie działo.
-a może tak?
-nie. - powtarza, żeby po chwili dodać - no chyba, że yorka.
Wtedy moje kochanie uśmiecha się z miną kota, który schwytał mysz, nachyla się i mówi z zadowoleniem;
-yorki też będziemy mieć! W końcu ten pies musi coś jeść, prawda?
Prawdziwy z niego negocjator...
Zaczęło się niewinnie. Ot, ona ze złamanym serduchem i on ze swoimi małymi grzeszkami. Po paru kawach, wygranej w bilard, zszytym staniku, żeby biust wyglądał na większy i koszuli ubraną na lewą stronę z niego i niej robili się oni.Zwyczajna kolej rzeczy. Fenomenem jest to, że jeszcze się nie pozabijali... A nawet wręcz przeciwnie. Czasu upłynęło całkiem sporo, a oni dalej lubują się w swoich złośliwościach, i - na przekór wszystkiemu- kochają się coraz bardziej.