Wiecie co jest największym
szczęściem kobiety? Tak, tak… patetycznie i nudno, ale muszę to napisać. Jestem
cholernie szczęśliwą kobietą, bo mam najcudniejszego męża na świecie. I nie będę
tu wymieniała, że jest przy mnie w chwilach złych, jest oparcie, bohaterem bez zastanowienia
stający pomiędzy mną, a agresorem czy, że po ciężkim dniu pracy czeka na mnie
gorący obiad domowej roboty (mmm J
jego domowej roboty kluski śląskie i sosik… o czym to ja? Ach tak!). Oczywiście
to jest ważne, ale chce Wam opowiedzieć dlaczego Kruszyn jest ojcem idealnym.
Kamera, światła, akcja:
Nie jest łatwo jednym z najmłodszych
bajtli na podwórku. Cóż z tego, że serce waleczne i dzielne, skoro nóżki raczej
z gatunku tych krótkich. Chłopaki łobuziaki biegają, wspinają się na drzewa,
budują tajne bazy ze skoszonej trawy i ostrzeliwują się podczas regularnej
wojny na plastikowe karabiny. Kto wybrałby piaskownice w obliczu takiej perspektywy?
No właśnie. Problem polega na tym, że Okruch nie mówi. Nie, może inaczej-
nawija i to cały czas, ale po swojemu. Pieluchy już dawno poszły w odstawkę, w
przedszkolu jest już w grupie „Misi”, a tu na podwórku ciągle jest „ten maluch”.
Uwierzcie mi, nie ma większej obrazy dla kogoś, kto nauczył się niedawno sikać
na stojąco niż nazwać go maluchem… Okruszek przeżywał to burzliwie, z godnością
łykając łzy kopał prześladowców po kostkach. Ale zmusić ich do zabawy zbytnio
nie mógł. Czara goryczy przelała się w chwili kiedy na podwórku zapanował czas
walk na piankowe miecze z marketu z robalem. Młody, który oprócz niegroźnego
mieczora ma tez taki do treningów z ojcem wreszcie wypatrzył swoją szansę. Niestety,
i tym razem nikt nie chciał poczekać, aż malec dobiegnie. Bezlitosne prawo podwórka
J I wyobraźcie sobie… po
14 godzinach pracy, ledwo wrócił z trasy, bez obiadu, bez chwili, by usiąść
spokojnie, Kruszyn podniósł langsaxa z haków i ruszył w stronę podwórka. Usiadł
koło zasmarkanego, nafukanego trzylatka i szepnął mu do ucha, że nie ważne co świat
o nim myśli- dla niego jest największy. I zaczęli trening. Zazwyczaj tremują w
lesie- w niedziele, albo w poniedziałki jak Kruszyn wróci wcześniej z pracy.
Ale ten jeden trening wymagał świadków. Dawno nie widziałam tak zapatrzonych
dzieciaków i tak dumnego syna! Od tej pory z malucha stał się kumplem z klatki
obok i nikt nie mówi mu, że jest coś z czym sobie nie poradzi.
P.S. oprócz mamy, która
kontroluje wspinaczki po drabinkach ;)