niedziela, 16 grudnia 2012

Było już ciemno, śnieg skrzył się za oknem, a upierdliwe gwiazdki sąsiada co rusz biły w szyby pulsującym blaskiem. W ten grudniowy wieczór usiedliśmy z Kruszynem na przeciwko siebie i w słuchani w równy oddech dziecka postanowiliśmy odbyć poważną rozmowę.
-Kochanie, Okruch ma już rok, powinieneś być bardziej odpowiedzialny...
-wiem- szepnął Kruszyna a jego oczy lśniły ni to blaskiem ozdób choinkowych, ni to zalążkiem łez.
-Pamiętaj, że on Cię obserwuje, patrząc na Ciebie bierze przykład... to co teraz mu pokażesz zostanie w nim na zawsze...
-Przecież się staram- powiedział łamiącym się głosem- przecież walczę z sobą dzień w dzień... to... to wcale nie jest łatwe...
-Rozumiem skarbie- powiedziałam i przytuliłam się do jego policzka- ale musisz...słyszysz musisz się opanować. Nie możesz zjeść ich znowu wszystkich na raz... to już drugi kalendarz adwentowy w tym miesiącu.


Boże jak ciężko być rodzicem...

niedziela, 11 listopada 2012

Mamy dość małe mieszkanko na dodatek zagracone niemiłosiernie zabawkami, dodatkowym łóóżkiem stojącym w kuchni, starym ponad 150-letnim kredensem, który co prawda do niczego tu niepasuje, ale ma wspaniałą historię więc stoi. Nasza rupieciarnia nieprzewiduje jednak tak prozicznych rzeczy jak zestawy kubków, czy jeden pelny komplet sztućców. W chwili, kiedy przyszli nas odwiedzić znajomi trzeba było więc kombinować skąd wziąć kubki do herbaty- oczywiście każdy innego kształu i z innym wzorkiem. Dla gości oczywiście coś się znalazło, gorzej sytuacja miała się z kubkiem na mężową kawę. Krszyn rszył więc do pokoju i po chwili wrócił z MOJĄ herbatą. No dobra, resztką herbaty- mimo to byłam do niej przywiązana, na co też natychmiast zwróciłam mu uwagę:
-ej!- zagaduje subtelnie i kobieco- co Ty chłopie robisz! chyba cie pogieło. Tam jest moja herbata!
-Była- śmiecha się dobitnie mąż i przekręca kubet nad zlewem
Wyszłam za potwora

edit: Dodaję, żeby ni bylo, że po wyjściu gości i wychłeptaniu przez niego kawy dostalam swój kubek w nienarszonym stanie, nawet z parującą i pyszną zawartością ;)

Co do herbaty to w ogóle ciekawa sprawa. Kiedyś poprosiłam Kruszyna, żeby zrobił mi zieloną herbatę (uwielbiam !)
Po czym idę wziąc gorącą kąpiel.
-A jak ona wygląda?- pyta Kruszyn przez uchylone drzwi lazienki
 -W szawce, koło przypraw, taki małe zielone pokruszone listki- odpowiadam licząc, że zwróci uwagę na wielki napis Green&white tee. Po wyjściu z wody siadam przed lapotopem z ciepłym napojem, ale już po paru łykach czuję, że coś jest nie tak.
-Kochanie, pokaż mi opakowanie po tej herbacie, może przeterminowana, albo co? - dziwię się szczerze.
 Krszym wyciąga więc przeźroczyste opakowanie pokruszonych lisci laurowych, po czym ledwo uskakuje przed fontanną z moich ust. Sztuka czytania jest trudna ;p


************************************************
Dzisiaj mamy tz "oficjalnych gości" wzięlam się więc za poważne sprzątanie. Chłopaki co prawda nadgonili z brudzeniem i efekt jest mega znikomy- nie o tym jednak mowa. Wzięłam sie za szorowanie wanny. Kruszyn z Okruchem na rękach stoją w drzwiach i przyglądają się zaciekawieniem jak myję szczotą wnętrze białego potwora
-Skarbie- pyta się mąż w pewnej chwili- pomóc Ci?
-nieee- mówię, bo wolę zrobić to sama i dobrze niż po nim poprawiać
-A przestań, pomogę Ci- nie daje za wygrana po czym podchodzi bliżej i glośno zaczyna komenderować:
-RAZ-DWA!  RAZ-DWA! PRAWA! LEWA!
Zabić takiego to malo :)

wtorek, 23 października 2012

Wiecie co jest niesamowite? Kiedy siedzi człowiek w pokoju i tuż przed położeniem syna spać widzi dwóch ukochanych facetów bawiących się w berka dookoła stołu. Okruch aż piszczał z radości i co chwila zmieniał znienacka kierunek biegu by wpaść ojcu w ramiona. Tak, oficjalnie mogę przyznać, że jestem szczęśliwa ;)

środa, 10 października 2012

Dzieć czapek nie znosi. Nie znosi też groszku, piosenek Beaty Kozidrak, spania w dzień i paru innych rzeczy. Ale mowa będzie o czapkach, które z uporem maniaka zrywa z głowy nawet jak są zawiązane pod bródką, nawet jak są klejem przyklejone, nawet przez sen je zrywa. I - podejrzewam, choć pewności mieć nie mogę-, że dopiero jak uszka mu zmarzną to Dzieć dojdzie do wniosku, że to coś co rodzice złośliwie wtykają na głowę się przydaje. Natomiast najgorszą rzeczą, która może spotkać młode mamy( bo za taką sie uważam- ha ha ha! a co ;)) jest cioteczka-dobra(kurwa)rada. Są to kobieciny w różnym wieku snujące się po ulicach i tylko czekające na okazję, żeby uraczyć młoda matkę całą masą rad o tyle samo dobrych co bezsensownych, czasem oczywistych, a w gruncie rzeczy niebywale denerwujących. Dzisiaj miałam niestety okazję spotkać, az dwie "cioteczki". Może ten urodzaj spowodowany był tym, że Dzieć walczył z czapką, a dziecko z gołą głową stanowiło łatwy cel. ( To nic, że oprócz gołej głowy miało naciągnięty kaptur- wynalazek przezornie przyszyty i niemożliwy to wywalenia za granice wózka-, zaciągniętą wózkową ochronką od wiatru, a ewolucja w ramach przewidywania zrzucania czapki wyposażyła Dziecia dodatkowo w szczecinę na łbie.) Postanowiliśmy jechać w odwiedziny do prabaci, co za tym idzie musieliśmy pojechać kawałek autobusem. Przystanek docelowy przywitał Okrucha złego, znudzonego i ogólnie na granicy ryku, z czapką- a jakże- w ręcę, pomyślałam więc, że nieszczęsną czapkę umieszcze na jego głowie tuż po wyjściu z autobusu, pnieważ: primo: oszczędze ludziom wrzasku, secundo: jeśli ją zerwie i wrzuci do odjeżdzającego busa to będzie trzecia przegrana matki w tym tygodniu. Niedane mi jednak było wcielić planu w życie, bo obok nas, tuż po wyjściu pojawiła się "cioteczka", która z płaczem poinformowała mnie, że "łolaboga dziecko czapki nie ma! jak tak można! biedne! przeziębi się! i to zaraz! bożemój" Jako, że jestem osobą cierpliwą i opanowaną podziękowałam uprzejmie za informacje ( oczywiście w dalszym ciągu nachylona nad wózkiem z czapką w ręce), i za życzenia rychłej choroby. Myślałam, że to koniec przygod, niestety w drodze powrotnej, gdy mechaniczny potwór na przystanku drukował mój bilet "cioteczki": zaatakowały po raz drugi. Odwraca się człowiek do automatu, klika " normalny na 3 miasta", a chwile potem patrząc na wózek widzi wielki zad kobiety, która na twój krzyk rzuca niedbale; "czapkę mu wiązałam, przecież mógł od braku sepsy dostać i umrzeć"   i badź tu człowieku normalny....

czwartek, 4 października 2012

Zetknęłam się kiedyś z opinią, że jeżeli zwierz ma za mało wapnia to zdziera tapetę i zaczyna zjadać ściany (znawcy zwierzów proszeni są skreślić: prawda/nieprawda). Nie wiem czego niedobór ma mój dzieć kochany- ale czegoś musi, skoro zdarł pół tapety pod kuchennym oknem i zeżarł  dobry metr(kwadratowy) styropianu.
ba da bumss!

niedziela, 16 września 2012

Weekend upłynął nam na wizycie u Teściowej. Niedzielny ranek okazał się sielski i wspaniały bowiem stęskniona Babcia porwala Orucha na dwie bite godziny ( dodam, że to były godziny poranne) i nagle czlowiek poczuł się wolny i szczęśliwy- śwat znalazł się, że tak powiem w zasięgu ręki. Skoro już trafił się święty spokój trzeba ten czas jakoś wykorzystać. Tulę się więc do Kruszyny i szturchająć w ramię zaczynam snuć plany:
-Kotek, skoro mamy trochę czasu to może zabierzemy się za siebie? Pobiegamy może?
Odpowiedzi nie dosłyszałam, bo zagłuszył ją śmiech szyderczy, z glębi męża się wydobywający... no coż, nie zrażona niczym- nie można się przecież za łatwo poddawać- próbuje dalej:
-No to chociaż poćwiczymy troszkę. Zima idzie, tłuszczyk na boczkach się trzyma, a i pewnie zacznie go przybywać. Musimy się zmobilizować! Dla dziecia! Coby się rowdzicieli nie wsydził! Zaczniejmy 6 Weidera! Będziemy się razem motywować!
Kruszyn uchylił leniwie powiekę i spojrzał na mnei z politowaniem
-Ty tak na serio?
-eheee!-ochoczo pokiwałam głową- bo ja muszę! bo ja gruuuba jestem!
Mężol otworzył drugie oko, podniósł się na łokciach i rzekł z powagą:
-Kochanie, uwierz mi! jesteś najszuplejszą, najseksowniejszą i najpiękniejszą kobietą jaka chodzi po ziemi - i obracając się na drugi bok dodał już ciszej- przynajmniej dopóki mam możliwość wreszcie się wyspać.
Oczywiście w komplementy uwierzyłam ;)



***

-Ty wiesz, że Jowisz jest przypisany do mojego znaku zodiaku?
-To by się zgadzało
-Tak? A czemu?
-W końcu to kolos gazowy...


czwartek, 23 sierpnia 2012

Od czasu kiedy jestem Mamą moje zycie zmieniło się diametralnie. Kruszyn- jako dumny ojciec, głowa rodziny i wzór do nasladowania też to przyznaje. Śmiało można powiedzieć, że nasze życie wzniosło się na wyżyny...Zniknkęły dolne półki w kuchni, w łazience środki cystości stoją na koszu na brudne ciuchy, kocie miseczki powędrowały na parapet, książki stoją popychane na jedyną szklaną szafką do której Okruch nie ma dostępu, kabel od laptopa pnie się po oparciu wersalki dzieląć pokój na pół. Prawdziwym problemem są buty, ciężko znaleźć na nie inne miejsce niż ziemia...taaak, nasze życie ewidentnie osiągneło wyższy poziom od kiedy Dzieć nauczył się raczkować i wstawać bez niczyjej pomocy

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Było słoneczne niedzielne popołudnie. Kruszyn poleciał po świeże bułki, Dzieć leniwie wyjadał kotu karmę z miski, a ja powolutku ucieralam pastę jajeczną. Sielaknę zakłócił mąż wracając z rzeczonymi bułkami.
-Co to jest?- zapytał ignorująć odgłos chrupania dochodzący z kąta
-pasta jaeczna- odpowiadam lekko zdziwiona, że mężol jaki nieobeznany
-to to ja widzę, tylko co ty tak do niej wkrajasz?
-cebulkę zieloną- odpowiadam zgobnie z prawdą kończąc ciachać zieloną część
-ale dlaczego calą! za końcówkami też!?- pyta zbulwersowany porażając mnie wzrokiem, jakby był zagubionym na morzu wędrowcem, a ja podałabym mu błędny kierunek
-a co to za różnica? jak nie mamy zielonej cebulki, to drobno siekam zwykłą i ci nie przeszkadza?
-no tak, ale zwykła to zwykła, a to..
-a to cebulka dymnka -podsuwam dalej nie widząc znaczącej różnicy
-no właśnie! dymnka! to tak jakbyś...- i tu widzę, że Kruszyn usilnie poszukuje porównania, ktore odzwierciedli rozmiar mojej zbrodni- to tak jakbyś powiedziała, że peugeot to samochód!
eh...dobrze, że wszystko mi wyjaśnił :)

niedziela, 8 lipca 2012


Byliśmy ostatnio z Ch'sną wyprowadzić Dziecia na spacer.  Dzieć robi sie coraz bardziej cwany, wyciąga i podgryza szczebelki, targa Kruszyna za uszy- wyjdziemy, posadzimy koło innych dzieciów, może przekieruje swoją destrukcyjną energię i do domu wróci już dziecko kochane, ciche i do spania w sam raz... Pełne marzeń wsadziłyśmy więc Okrucha do wózka, Ch'sna zakasała rękawy i popchała w stronę lasu. Na placu zabaw oprócz dzikiego, roześmianego stada przesiadywali też rodzice czujene doglądając swoich pociech. Z racji tego, że Dzieć nasz niebiegający jeszcze zostały nam do wyboru huśtawki, karuzela i piaskownica. Po rundce obie z Okruchem pod pachą usadowiłyśmy się na brzegu piaskownicy i dalej zajęte faflaniem spoglądaliśmy jak Mały odkrywa nowe miejsce. Po chwili podchodzi do nas mama/babcia *niepotrzebne skreślić i podaje mi chusteczkę mówiąc lekko przerażonym głosem: 
-oj, chyba się Pani synek ubrudził
Patrzę więc na małego spodziewając się najgorszego, czyli policzków wypchanych piachem po brzegi. Zamiast tego widzę uśmiechniętą mordkę i pare ziarenek na bródce. Nic wielkiego- nawet wedlug opinii Ch'snej, osoby pedantycznej i schludnej. Rozglądam się wiec, może to nie do nas? 

-Dam Pani chusteczkę- matka/babcia przysuwa się coraz bliżej machając białym skrawkiem nie gorzej niż francuski partyzant podczas II Wojny Światowej.
-Ale nie.. nie trzeba- zaczynam niepewnie
-No ale jak to, brudny jest przecież!- Lekko się obuża, że nie chcemy przyjść jej daru.
Brudny, no pewnie, że brudny! Co gorsza: z całą pewnością ubrudzi się jeszcze bardziej! Musi sie ubrudzić, skoro siedzi w piachu, kopie, sypie i turla się w koło. Radochę ma przy tym nieziemską, więc nie widze sensu czyszczenia go co pięć minut. Owszem, wytrzepiemy go porząnie, ale już na sam koniec zabawy. Mówimy więc grzecznie, że dziękujemy, że same mamy chustrczki, że nie tylko zwykłe, ale i mokre i pieluchę tetrową nawet i robiy co w naszej mocy, żeby uwolnić się już od tej dobrodziejki. Babeczka popatrzyła na nas z niedowierzaniem, usiadła i rzuciła nam ostatnie- pelne lęku spojrzenie. 
-na pewno nie ma niczego, co by się Paniom przydało?
W tej chwili słyszymy parskanie, a Mlody zaczyna wypluwać piasek.
-Kaganiec by się przydał...- szepczę cicho wydobywająć piach z Dziecia

poniedziałek, 11 czerwca 2012

              Z okazji wizyty w Parku Chorzowskim do domu wraz z nami wrócił wielki czerwony balon w kształcie samochodu (Kruszyn widać tęskni za naszym Czerwonym-Prawie-Ferrari, którego miejsce zajął zielony PePe) Okruch szaleje z radości ilekroć balon przetnie mu drogę leniwie kursując pod sufitem. Wielką miłością do nowej zabawki - a właściwie do sznureczka, który pałęta się, az do ziemi, żeby bylo za co bydle złapać- zapałał kot. Tak więc Dzieć nasz radość mial podwójną: na górze samochodzić podskakuje uderzając o sufit, a na dole kot oddaje się w dzikiej radości jakiejś dziwacznej odmianie fokstrota i próbuje zahaczyć łapą o sznurek. Szalona zabawa skończyła się gdy kotu jednak się udało i - z balonem nad grzbietem- przegalopował po calym mieszkaniu. W efekcie schował się za lóżko urywając nitkę, aż przy samym wentulku. Kruszyn używając zaawansowanej technologii ściągnął balon spod sufitu. Tak, to chyba zdecydowanie koniec wspólnych zabawek dla naszych "bliźniaków" ;)

        
                                                                                ***


- wiesz, chciałbym zobaczyć finał Polska-Niemcy...- rozmarzył się Kruszyn oglądając mistrzostwa - ale z drugiej strony po co tym Turkom zwycięstwo..
-spoko Kochanie- odpowiedziałam wpatrując się w Okruszka bawiącego się pluszową piłką- tak czy siak strzelać będa Polacy

piątek, 1 czerwca 2012

             Parę tygodni temu rozmawialiśmy z Kruszynem na temat zadawania nam przez ludzi debilnych pytań, na które bardzo trudno odpowiedzieć. Trudność odpowiedzi nie polega na naszej niewiedzy, lecz na niemżliwości pochamowania naszych pyskatych języków. Chamy z nas i prostaki- taka karma. Przykładową historią byla sytuacja w jednym z supermarketów kiedy to kobiecina stojąca przede mną w kolejce do kasy najpierw patrzyła to raz na mnie, to raz na Okrucha pchanego przeze mnie w wózku, a potem- marszcząc czoło z wysiłku zapytała: "To Pani jest z tym dzieckiem"? Nie moglam się powstrzymać, i  odpowiedziałam, że "nie, stało sobie w sklepie samo to pomyślałam,że mu pomoge i do kasy popchne". Wtedy to mąż mój uraczył mnie wykładem, że nie wolno, że nie ładnie, że nie wypada itp itd. Nerwy powinno się trzymać na wodzy- gromił Kruszyn sam pozując na wzór opanowanego i świadomego obywatela. I byłam nawet skłonna uwierzyć, do chwili kiedy to wrocił z pracy zły jak diabli. Wiadomo- gorszy dzień, zdarzyć sie moze każdemu. Pytam więc grzecznie co sie stało:
-A...- próbuje się wymigać Kruszyn, ale pod moim twardym wzrokiem ustępuje- z szefem sie pokłóciłem..
-opowiadaj - mówię ciepłym, uspokajającym tonem mocniej chwytając rękojeść wałka do ciasta
-dzisiaj podkręcone było tempo pracy, nerwowa atmoswera... czekałem, aż blok( mala dygresja- nie pytajcie mnie co za "blok" nie mam pojęcia. Kruszyn od paru lat próbuje wytłumaczyć mi na czym polega jego praca- ja natomiast za dziesiątym razem dałam za wygraną, od tego czasu kiwam więc glową i udaje, że wiem o czym do mnie mówi) zastygnie, przechodził szef i pyta się na co czekam, czy chcę go do domu zabrać( bloka, nie szefa xD)
-i to Cie tak zdenerwowalo?-dziwię się szczerze
-nie zdenerwowalo..ale jakos tak automatycznie odpowiedzialem, że tak, chce zabrać blok do domu i zrobię sobie w nim, kurcze kwietnik. (chociaż moja kobieca intuicja podpowiada mi, że slowa kurczę tam nie było)
Przyganiał kocioł garnkowi...


Serdeczne pozdrowienia dla Wikinga Zbywzdgarda, który tajniacko podczytuje. Inwigilacja totalna... :D

czwartek, 24 maja 2012

Był szary, listopadowy dzień, kiedy pudło pojawiło się przy podwórkowym śmietniku. Było ogromne, szare z niebieskim napisem AGD na boku. Od razu zwróciło uwagę dzieci.
- kolorowe pudełko- powiedział Kuba i uśmiechnął się szeroko.
- kolorowe?- zdziwił się Bartuś i przekrzywił głowkę, jakby chcial dostrzec to samo, co kolega przed chwilą.
-Ano tak. Kolorowe.
-Ale...- zacząl niepewnie- tu nie ma zbyt wielu kolorów.
-czepiasz się- krzyknał starszy chłopak i porwał pudło spod kosza na śmieci. Przemaszerował dumnie przez całe podwórko niosąc karton wysoko nad glową, żeby inne dzieci mogły podziwiać jego cenne znalezisko. I rzeczywiście- opakowanie zrobiło na nich spore wrażenie.
- wejdzie ze dwóch- pokiwał głową Antek- znawca. Był z nich najstarszy, więc wszystko wiedział najlepiej. W końcu chodził juz do czwartej klasy, a to zobowiązywało.
W jednej chwili ze zwykłego, niepotrzebnego przedmiotu znalezisko stało się czymś zupełnie nowym. Jeszcze dzisiaj rano, kiedy chłopcy byli w szkole służyło pewnie za opakowanie pralki lub lodówki. Teraz służyło do czegoś innego. Było ich skarbem.Mogli nadawać mu taką formę, na jaką tylko mieli ochotę. I rzeczywiście, op wypowiedzeniu paru słów pudlo zaczeło się zmieniać. Dziecinne rączki zatargały je na pobliską górkę, przewróciły na bok, górne skrzydła otworzyły się szeroko i pudło nie było już pudłem.
-To statek kosmiczny!
-Jaki statek!? Głupi jesteś. To odrzutowiec.
-Jaki odrzutowiec?
-normalny głupku! Tu ma skrzydla, o!
Antek wyprotował się dumnie, odchrząknął i wyrecytował:
- nadaję Ci imię...
-kolorowe pudełko-wcisnął się Kuba patrząc na kolegę z ukosa.
-...kolorowe pudełko. No niech ci będzie... A teraz jesteś naszym odrzutowcem! zapraszam na pierwszy lot!
Chłopcy zaczeli wchodzić do środka, usadawiając się jeden za drugim.
-A ja?- zapytał Bartuś
-Mówiłem, że miejsca jest tylko na dwóch!
-No, ale ja?
-"ja", "ja"- przedrzeźniał go Kuba
-Ty to nas popchniesz!
Maluch westchnął ciężo i stanął z tyłu.
-Wszyscy gotowi?
-Taaaaak!
-silniki włączone?- dopytywał się Antek.
-Taaaaaaaaaak- odkrzyknał Kubuś i zaczął wydawać z siebie bulgoczące dźwięki, które miały odwzorowywac prace silników.
-dopalacze włącz!- zawołał Mały Pilot, a po chwili, gdy wciąż stali na szczycie odwrócił się do tyłu- Bartek! dopalacze!
-co?
-No pchaj pacanie!
i ruszyli. silnik rozgrzewał się powoli, w końcu jednak zaczął pracować na anjwyższych obrotach. Pęd powietrza sprawił, że łzawiły im oczy. Antek naciągnał tylko czapkę pilota i chwycił za stery zrobione z patyków. Pięknie wymanewrował pojazdem i wzbił się ponad samochody. Przeleciał nad śmietnikiem podziwiając neidawną fabrykę odrzutowców. Zakręcił znowu i tym razem podleciał blisko bloków. Chłopcy smiali się radośnie wpatrując się w okna sąsiadów. Znów zawrocili i powoli obnizyli lot. Na dole stał Bartek wymachując rękami.
-daje nam znaki, gdzie mamy lądować- antek mocno przycisnął drążek sterowniczy. Zrobili jeszcze dwa małe kółka i wylądowali zgrabnie na samym dole górki.
-ale jechaliście- Bartus wyraźnie zazdrościl kolegom zabawy
-nie mówi się jechaliście, tylko lecieliście- poprawił go Kuba.
-To mogę teraz ja?
-nie... to już nie jest szybowiec...
- nie?
- nie, teraz to będzie...
Zastanawiali się chwilę przyglądając się pudełku.
- nabiera kolorów- zauważyl Kuba- cały dół jest już zielony od trawy. Jeszcze pare zabaw i naprawde będzie kolorowe.
Następnie pudełko przybrało postać wielkiego, na wpół zielonego Antkozaurusa, który polował na dzielnych jaskiniowców Kubula i Bartula. Potem, po kolejnej przerwie wydłużyło się, zapuściło cąły rząd kół i zamieniło się w wielką ciężarówkę, którą chłopcy wozili błoto. Później było ciemną jaskinią, do której należało wejść, by dowieść swej odwagi. Tunelem metra, windą, potem znów lokomotywą, którą jeździli na zmianę podając sbie czapkę motorniczego i gwiżdząc przeraźliwie. Pod koniec dnia było już na wpół rozdarte, zielono-brązowe od trawy i szare od błota. Nie było jednak ani trochę mniej cudowne jak o piętnastej, kiedy to chlopcy zobaczyli je po raz pierwszy. Wręcz przeciwnie. Za każdym razem, gdy zmienaiało swoją formę zyskiwało też na swojej wartości. Antek wyprostował się i przetarl umorusaną buzie. Byl naprawdę szczęsliwy.
-Wiecie co chłopaki, ja musze lecieć. Jutro mam do  szkoły na ósmą, a jeszcze lekcji nie odrobiłem....-skrzywił się- schowacie kolorowe pudełko? Ale jakoś tak porządnie, zeby żaden dorosły głupek go nie wywalił?
-Jasne! Ale Bartek, ty tez już idziesz?
Maluch popatrzył na niego i odpowiedzial z wahaniem.
-Mogę się spóźnić...
-dużo?
-No nie...tak, żeby mama nie krzyczała.
-No to jeszcze raz sie przejedziemy! Na razie Antek!
-Na razie! Uważajcie na nie!- odmachał im na pożegnanie.
-jasne!
Pobiegli ciągnąc za sobą rozmokły karton. Zaczeło padać, ciężkie krople rozmazywały kolory. Bartek czul się dziwnie. Obiecał mamie, że nie będzie bawił sie po ciemku, wiedział, że to ją rozzłości, ale wizja zabawy z Kuba była ciekawsza. Nawet jeśli będzie zła to tylko przez chwilkę. Mama nigdy nie gniewała sie zbyt dlugo. Od kiedy ozstali sami starała się też nie krzyczeć na niego. Kuba mial gorzej. U Kuby to ciągle krzyczą. Często zastanawiał się, dlaczego jego kolega naosi dlugie swetry nawet jak jest ciepło. Nigdy też nie podwijał rekawów...Ale czy to ważne? Maja kolorowe pudełko, nie musza odrabiać lekcji jak Antek, wszystko jeszcze przed nimi! Biegli szybko rozpryskując błoto i przeskkując kałuże.
-Może będzie łodzią?Wielkim tankowcem! Będziemy płynełi po oceanie Kałużowym?
-niech będzie łodzią, ale podwodną!
-podwodną?
-tak! obrócimy je do góry nogami i przestaniemy moknąć! Zejdziemy pod wodę!
-Dobrze, ale ja steruje!-Kubie coraz bardziej podobał sie ten pomysł
-dlaczego ty?
-bo jestem starszy! ty będziesz majtkiem!
-nie chcę byc majtkiem- Mło0dszy chłopeic zatrzymał się i zaprotestował gwałtownie- Majtek to głupio brzmi...
-No dobrz, to będziesz bosmanem.
-no...to już lepiej...-i ruszył śmiało za swoim Kapitanem.
-Gotowy?
-tak!
Przewrócili pudełko, przykucnęłi i zakryli się nim. W środku było całkiem ciemno. Deszcz uderzał w papier wydająć się jeszcze neiprzyjemniejszym niż był przed chwilą.
- Boisz się?
-Zgłupiałeś?!
Wyprostowali sie trochę i dół pudełka odkleił się od błota z niemiłym plaśnięciem. Idąc w kucki pokonali pare metrów. Kuba zaczął zabawę
-teraz podchodzimy do zatoki. Zaraz zejdziemy pod wodę. właściwie to jestesmy na takim dużym statky i to on nas wrzuci do wody. Będzeiy łowić rekiny. Gotowy jesteś bosmanie?
-Tak- szepnał Bartuś, któremu juz wydawało się, że widzi cień żarłacza.
- teraz podchodzimyu do rufy! ahoj żeglarze! jesteśmy najdzielniejsza załogą! zaraz złapiemy jakiegoś rekina ludojada!- przeskoczyli przez krawężnik- zanurzamy się!
Schodząc z chodnika opuścili pudełko. Kuba wydarł małą dziurę z przodu, żęby wpuścic trochę światła. Bartek z zapałem słuchał słów towarzysza. Byli teraz w oceanie. Wszędzie było  morko i zimno. Oddychali cicho, by nie spłoszyć ewentualnej zdobyczy. Przez okna łodzi podwodnej podziwiali niesamowite kolory. Wszystko tutaj było wspaniałe! Rafy koralowe, małe barwne rybki przepływające tuż obok ich łodzi.
-Szkoda, ze Antek tego nie widzi-westchnąl maluch
-no pewno, że szkoda. Ale marynarz antek zginął podczas sztormu! Teraz zostaliśmy tylko my dwaj! I to my złapiemy bestię!
Płynęli w dół i w dół widząc to coraz dziwniejsze ryby. Cisnienie w uszach szemrało leciutko. Parę razy wydawało im się, że juz widzą ogon rekina. Bestia była jednak sprytna. Zwinnie unikała łodzi podwodnej lawirując pomiędzy wrakami statków.
-Zatrzymaj się na chwilę, ręce mnie juz bolą...
-phii..-prychnał Kuba z oburzeniem- tak się kończy zabawa z maluchami!
-wcale nie jestem maluchem!!

                                                                             ***

To był zdecydowanie zły dzień. Najpierw w sklepie zbarakło ulubionych papierosów, potem szef-kretyn dowalił parę dodatkowych zlecień (ile kurwa można?) tylko po to, by frma lepiej wypadła w rankingu pod koniec miesiąca. No i jeszcze ta pogoda. Wszystko się sprzysięgło przeciw niemu. Cholera jasna. Byl pewny, że jak już dojedzie do domu to na obiad będize grochówka. Co prawda żona rzadko robiła grochówkę, ale mógł się ząłożyć o prawa rękę, że w tak paskudnym dniu to właśnie grochówka dopełni reszty. Deszpadła coraz mocniej. Szczęście w nieszczęściu, że jedzie juz na bazę. Troche później niż zwykle, zaczynalo sie już sciamniać. Ale jeszcze parę minut i będzie mógł wracać. Jeszcze tylko wypakowanie furgonetki i rozmowa z tym debilem przy taśmie...Boże jak on go nie cierpiał! Odpalił papierosa nie odrywająć wzroku od drogi. To jakies osiedle pogórnicze, czy coś w tym stylu. Często tędy przejeżdzał. Nawet w sloneczne dni było tu szaro i tak jakoś nieciekawie. No cóż...urok Śląska. Pewno niektórym to pasuje- żyć w takim syfie. Poprzewracane śmietniki, powybijane szyby przystanków, jakies kartony na drodze. Chuj wie, czy te male szczyle z nudow nie naladowały tam kamieni. Chciał je wyminąć, ale z naprzeciwka jechał jakiś pajac. W sumie nie obchodzi go zderzak i tak samochód jest służbowy. On chce tylko dojechać wreszcie do domu. Deszcz zacinał w okna, w chwili kiedy czarny Sprinter przejechał po rozmokłym kartonie.

                                                                              ***

Kawałki papieru leżały na poboczu. Kolorowe pudełko. Na początku był to zwykły szary karton z niebieskim logo na boku. Niektóre kawałki były zielone, niektóre brunatne jak ziemia. Najwięcej było czerwonych.





zabrania sie kopiowania całości, oraz fragmentów bez wiedzy autora

poniedziałek, 7 maja 2012

No i majówka już za nami. Możemy więc z dumą odhaczyć pierwsze Okruszkowe Święto Pracy. Nie, żebyśmy podchodzili do niego z jakimś tam specjalnym sentymentem - zdarzenie to jednak potwierdzilo teorię, że Następca Tronu za nic ma na równi święta zarówno kościelne jak i państwowe. Tak czy siak budzi sie o piątej...

czwartek, 26 kwietnia 2012

         Ostatnio Kruzyn wrócił od Rodzicielki z plikiem starych zdjęć, dokumentów i szkolnych świadectw pieczętując tym juz całkowicie przeprowadzkę. Oczywiście nie obyło się bez wielkiej radości żony- znaczy się mnie- lubujacej się w przeglądaniu starych papierzysk. Moja Lepsza Połówka też zaczęła przeglądać dokumenty. Mój szyderczy śmiech na widok przedszkolnych zdjęć przeplatal się z nostalgią Kruszyna na widok szkolnych świadectw. W pewnym momencie jednak podniósł do góry jakiś dokument, zamyslił się i zaśmiał pod nosem
-co tam masz?- zapytałam podejrzliwie
- a nie, dokumenty potrzebne do zarejstrowanie pierwszego samochodu - powiedział przenosząc się w świat wspomnień- mojego kochanego maluszka! Pamiętam jak szedlem do zarejstrowac w Skarbówce, wiesz ten bezsensowny "podatek od wzbogacenia". Stałem dumny w okienku czekając, aż podadzą mi odpowiednią kwotę...
-i co?
Kruszyn zwiesił glos:
-a nic, po paru minutach zapytała sie po co tu stoję, i czy liczę, że mi coś dopłacą...

Ach te wspomnienia ;D

wtorek, 17 kwietnia 2012

Okruch dostał prezent. Ogolnie rzecz biorąc to dostał pelno prezentów jak to każdy dzieciak, więc stan rzeczy dziwić nikogo nie powinien. Chodzi o to, że dostal prezent-reklamówkę od pewnej firmy specjalizującej się w żarelku dla małych bąbli. Nigdzie glodomora nie zgłaszaliśmy, nigdzie sie nie rejstrowaliśmy, a i tak dziada wytropili. No nic. Dziecię moje miesięcy liczy już cztery z hakiem większym niż mniejszym....śmialo można powiedzieć, że piąty miesiąc leci nam na calego więc prezent na miejscu: pojemniczek malutki z marchewką gotowaną. Dzieciak na etykietce uśmiecha się na calego więc pewnie papka dobra, pożywna i w ogóle cod miód i maliny. Znaczy się- marchewka. Zarzekałam się, że nie będe dawala Okruchowi nic z takich rzeczy, walczylam z teściową, a tu prosze: podeszli mnie marketingiem...Skoro mam już tą nieszczęsną marchewę, nawet lyżkę dostałam - kusi jak cholera. Wreszce decyzja zostala podjęta: Okruch został usadowiony na leżaczku, okatulony śliniaczkiem a matka-polka zakasała rękawy i zaczęła dzieciaka uszczęśliwiać. No, a że syn moj kochany serce ma wielkie i czułe (po ojcu zapewne) stwierdził miłosiernie, że zbrodnią jest jedzenie takich przysmaków samemu. Podzielił się więc z ludzkością: z mamą się podzielił celując prosto w czoło, podzielił sie ze swoimi nóżkami, z lodówką się podzielił, z kotem, który miał pecha i nie zdążył uciec, z ojcem się podzielił- sprytnie, bo wiedział, że Kruszyn w pracy więc na łóżku mu troche zostawił-, z dywanem, ścianą i kuchenką. Nawet z kwiatkiem na lodówce sie podzielił- ale jak to zrobił to pojęcia nie mam. Minę mial przy tym przeszczęśliwą, prawie jak dziecko z reklamy. Chyba powinnam być dunma, że nie rośnie mi maly samolub. (I że mlekiem łyżką go karmic nie muszę)

wtorek, 27 marca 2012

Jeśli miałoby sie ująć w trzech słowach całą zawartość internetu brzmiały by one: "cycki, koty i niemowlęta". Tak się dziwnie sklada, że wszystkiego tego jest Ci u nas w domu dostatek. A pisze o tymże zestawieniu z powodu odkrycia, które poruszyło Okrucha parę dni temu. Mianowice do Pierworodnego Mego doszło wreszcie, że te puchate coś co zawsze śpi w jego łóżeczku, nosidełku, matce edukacyjnej i wszystkich innych miejscach niekoniecznie mających ze spaniem cokolwiek wspolnego jest żywe. Śledzi więc Kota oczami okrągłymi jak spodki i nadziwić sie nie może jak rzeczony Kocur wskakuje na różńe meble w chwili gdy on - o Okruchu mowa- ledwo co siedzi prosto i to na dodatek jak go podtrzymują. Wydaje mi się, że zazdrości. Kot też zdał sobie sprawę, że to zaślinione i płaczące "coś" jest nową zabawką Człowieków-Jeść-Dających i z pobłażaniem pozwolił nam "to" zatrzymać. Dostrzegł także plusy - nowe miejsca do spania, gubienia sierści i mozliwość przytulania się do Okrucha- ale tylko i wylącznie wtedy kiedy dziecie śpi i dźwieków żadnych z siebie nie wydaje. Ostatnio jednak kocia ciekawosć przerosła instynkt samozachowawczy i Kocur postanowił pomiziać się o dziecko w chwili kiedy nie resetuje baterii. Okruch szybko więc skorzystał z okazji zlapania puchatego czegoś co mu faluje przed nosem i wsadzenia do japki - jesteśmy na etapie zdobywanie pierwszych zębow. Musicie sobie wyobrazić jaką miałam minę gdy wchodzę do pokoju (a nie było mnie sekund 5- drzwi zamykałam na klucz za Mężulem do pracy wychodzącym) i widzę dziecko slimtające kota, oraz kota z przyglupim wyrazem pyszczka przypatrującego się jak jego ogon znika w zaślinionej otchłani. Ani jeden ani drugi nie byli zbytnio przejęci ta sytuacją- dopiero moj raban zepsuł im zabawe. Zastanawiacie się pewnie dlaczego przerwalam im tak miłą chwilę zaznajomienia? Pal sześć wybierać kocie  kłaki z zaślinionego dzioba- ale skąd wytrzasnąć nową końcowke ogona?

niedziela, 25 marca 2012

             Parę miesięcy temu byliśmy z Okruchem u mojego ojca. Korzystając z okazji moja macocha wraz z rodzicielem zdecydowali sie przeprowadzić z moją cztero i pół letnią siostra rozmowę o gruntownych różńicach między malymi dziewczynkami, a małymi chlopcami. Wiadomo- temat przez rodziców najbardziej omijany, no ale skoro maly chlopiecc w domu kąpany będzie więc na ewentualność takiej rozmowy trzeba byc przygotowanym. Tak więc przez cały dzień człowiek przygotowywał w glowie odowiedzi na najbardziej zaskakujące pytania jakie mogą paść wieczorem: a co to? a czemu ja nie mam? a po co te różnice? Wiadomo, od tych pytań juz tyko maly kroczek dzielił nas od pytania skąd się biora dzieci, co to sex i Bóg wie co jeszcze. Drżeli więc rodziciela, drżałam ja- siostra starsza, drżal Kruszyn-szwagier, bo pytanie przy kąpieli mogło dopaść kazdego. Nie drżał tylk Okruch- nieświadom jakie zamieszanie wywołał i sama zainteresowana, bo nie wiedziała jeszcze, że zainteresowaną będzie. Natrzedł więc czas kąpieli, Okruch pluska się niczym nieskrępowany gdy nagle drzwi do łazienki otwierają się i wchodzi moja mała siostrzyczka z zamiarem "pomocy". Zadowolona bawi się z Okruszkiem czas jakiś po czym nagle przekrzywia głowę i pelnym zaciekawienia glosem pyta:
-Mamoooo... a dlaczego Okruszek ma...
(wszyscy wstrzymali oddech- zaczęło się!)
                                              ... taki mały pępek?
Nawet nie wiecie jaki nam wszystkim ulżyło :)

środa, 21 marca 2012

No i stalo się. Syn nasz, pierworodny, jedyny i prawdziwy chrzczony będzie. Jednak...Nie,  żebyśmy byli gorliwie wierzący praktykujący. Chrzczony będzie z powodów bardziej prozaicznych, które w Kruszynowych ustach przekonały mnie do tegoż obrzędu. "No bo jeśli się zakocha- przekonywał Kruszyn- a dziewczyna będzie wierząca i ślub kościelny będzie dla nich ważny to po co Okruch nasz kochany ma potem biegać, w lape dawać i papiery dodatkowe wypełniać marnując swój cenny czas" W sumie coś w tym jest. Niech ma chrzest, komunię a potem to już decyzja jego i droga wolna, a neich nawet latającego potwora spagetii wyznaje. ( Aczkolwiek mam nadzieję, że będzie chcial wyznawać Moc i zostanie Jedi) Chociaż przyznam się Wam, że mam pewne podejrzenia wobec Kruszyny.  Mianowicie nie mogę pozbyć się dziwnej pewności, że zgłosil go do chrztu żeby móc podać pełne imię jego i zobaczyć reakcję tej biednej podstarzałej kobieciny pracującej w kancelarii parafialnej, napawać się drżeniem jej ręki i patrzeć jak upewnia się, że sluch jednak jej nie zawiódł. Tak, daliśmy dziecku na drugie Einar.

piątek, 16 marca 2012

Heh, no i pierwszy dzień kobiet w roli ŻONY już za mną. I niech do błędu przyzna się ten, który wątpił w romantyzm po ślubie! Jak zwykle, tuż po obudzeniu przywitała mnei długa czerwona róża - jak mawia Kruszyn idealna na każdą okazje. No, ale wiadomo, że jeżeli coś jest do wszystkiego to w gruncie rzeczy traci swoją wyjątkowaść. W związku z tym otrzymalam od moich chlopaków drugi upominek. Kochani- pomyślicie - tak się troszczyć o kobietę! Heh,,,drugim prezentem była...patelnia. 0.o

środa, 1 lutego 2012

         Jako, że ostatnimi czasy cała Polska buntuje się mniej lub bardziej u nas w domu też zapanował nastrój rewolucyjny. Kruszyn zatankował ostatnimi zaskórniakami czerwone prawie-ferrari i wyruszyliśmy w trójkę na protest. Ha! wychowamy małego anarchiste:) Okruszek protestem sie raczej nie przejął, bo całą drogę w samochodzie przespał. Za to w domu postanowił pokazać co potrafi! Po kąpieli zaczęły się fochy i foszki i marudzenia ( dobrawdy, po kim on to ma?) Szykując się do karmienia, mijam łazienkę i słyszę jak Kruszyn ubierając syna tlumaczy mu podział ról w naszej rodzinie:
- Synek krzycz ile chcesz! Tato i tak Cię ubierze! Bo widzisz tato jest jak prezydent jest najważniejszy, ale to mama kazała Cię ubrać- a ona jest premierem więc tato robi to co ona każe. A Ty...Ty jesteś naród więc możesz drzeć ryjka ile wlezie a i my i tak założymy Ci te śpiochy w króliczki!
Mój Boże...Nie wiedziałam, że można tak łatwo podsumować sytuacje polityczną kraju...

(Mama- premier? Gdzie moja pensja cwaniaki!)

niedziela, 1 stycznia 2012

Jak co roku postanowiliśmy z Kruszynem uzupełnić nasz album ze zdjęciami. Z całego roku wybieramy te, które potem przypomną nam gdy już się pieknie ze sobą zestarzejemy, cośmy w tym roku nawyprawiali. Przeglądam foldery na komputerze i zastanawiam się gdzie spędziliśmy tegoroczne wakacje...Pamiętam, że jeździliśmy po całej okolicy i robiliśmy drzewo genealogiczne. ( cudnie było!) Ale wydaje mi się, że coś jeszcze się zdarzyło...kurcze, narodziny Okruszka jakoś przykryły resztę tego roku. No przypomnieć sobie nie mogę więc pytam sie Kruszka:
-Kotek, co myśmy wyrabiali w te wakacje?
-No drzewno - odpowiada 
-to wiem, ale co oprócz tego, bo mi umyka
Kruszyn myśli chwile, po czym patrzy na mnie jakims takim dziwnym spojrzeniem jakby chciał ni to głowe urwać, ni to pocałować z politowaniem i opdowiada: - wzieliśmy ślub Skarbie

****

a co do wakacji: 
 Pojechaliśmy kiedyś z  Kruszynem na Grunwald. No bo było 600 lecie, no bo wielkie wydarzenie, no bo jeszcze nas tam nie było. Podejrzewam po prostu, że Kruszyn chciał pooglądać konkurencję. I tak oto wczesne średniowiecze spotkało się z późnym. Zabraliśmy dwie dziewoje do towarzystwa, odpaliliśmy Czerwone-Prawie-Ferrari i po paru godzinach jazdy oczywiście natrafiliśmy na korek. Ale tylko my „korkujemy się” z klasą za sławnymi aktorami filmowymi. W końcu jednak dotarliśmy ( przezornie zostawiając samochód na wiejskim podwórku i omijając największe korki piechotą). Grunwald wyglądał jak…pole. Za dużo się od naszych obozowisk nie różnił, ale może my marudy jesteśmy straszne, w każdym razie pooglądaliśmy rycerzy, pochodziliśmy po kramach, porobiliśmy zdjęcia i powoli zaczęliśmy wracać, bo do domu jednak daleko. Już mieliśmy opuszczać obozowisko, kiedy wypatrzyliśmy dwóch walczących. Mojemu Kochaniu zaświeciły się oczka. Oho, już wiem, co się będzie działo za chwile- pomyślałam. I – jak zwykle- miała racje.
- Czy można z wami potrenować? Bo my bawimy się we wczesne średniowieczne i chcemy zobaczyć czy jest dużo różnic…
-Woj Wczesnośredniowieczny?- Spytał rycerz z lekką pogardą w głosie-  Że tak powiem, który to już dzisiaj – i uśmiechnął się pod nosem.
Za chwilę Kruszyn stał już za ogrodzeniem i grzecznie czekał na swoją kolej. Rycerze rozmawiali między sobą zszywając jakiegoś rannego, a Moje Kochanie splotło ręce z tyłu i wyglądało jak ucieleśnienie niewinności i nieświadomości. Kiedy w końcu pozwolono wybrać mu miecz, podszedł i zaczął sprawdzać jego środek ciężkości. Standard- przerzut z jednej ręki do drugiej, parę obrotów etc. Rycerze stanęli lekko zadziwieni, poszemrali między sobą i wybrali najdzielniejszego przeciwnika. Chwilę później rycerz pytał się kolegów czy dalej ma zęby, a Kruszek dostał propozycję przeniesienia do innego bractwa :P Wystarczyła mu sama satysfakcja pokonania kolesia, żeby katował nas szczegółami przez pół drogi powrotnej ;) Chociaż przyznam się, że byłam z niego dumna. I to strasznie!