Zaczęliśmy chodzić do żłobka. Znaczy - nie wszyscy, nie urządzamy jakiś tam rodzinnych pielgrzymek. Okruch zaczął chodzić, a my zamiast odetchnąć z ulgą i cieszyć się z chwili spokoju obgryzamy nerwowo paznokcie czekając na telefon z informacją, że dziecku udało wysadzić placówkę w powietrze ze pomocą kredek i ciastoliny. Póki co nikt jeszcze nie zadzwonił. Główny problem z chodzeniem do żłobka sprowadza się do tego, że Okruch zwyczajnie nie lubi innych dzieci. Oczywiście ma grupkę najbliższych przyjaciół w skład której wchodzi paru kuzynów, 6-letnie ciocia i paru bajtli od znajomych. I tu następuje koniec- wszystkie próby nawiązania kontakt:
-Zobacz kochanie, mały chłopczyk macha do ciebie.- Okruch kwituje zrezygnowanym - Mamooooo...
Przyznam się szczerze, że spodziewałam się takiego tonu co najmniej za lat 14 w czasie buntu, a tu proszę. Oczywiście my dalej łudzimy się, że Dzieć pozna nowych znajomych, nauczy się nowych rzeczy itp itd. W końcu to powód do dumy - nie jest przecież jakimś tam maluchem, tylko oficjalnym członkiem grupy motylkow (toż to prawie jak gang harley'owców). Lodówka powoli zapełnia się nowymi dziełami sztuki w postaci kresek, plamek i kolorowanek. Jeszcze chwila i przyjdzie czas na pierwsze przedstawienie i fenomenalną role grzybka lub drzewka. Tak, zdecydowanie trzeba to głośno powiedzieć- mamy w domu prawie dorosłego mężczyznę. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz