piątek, 5 listopada 2010

           W pracy rozbrzmiał telefon, podniosłam więc słuchawkę i w skupieniu zaczęłam notować zamówienie klienta.
- No i to poproszę, i jeszcze trochę tego i tego na adres taki i taki - zakończyła babeczka, a ja posłusznie skrobałam zamówienie na karteczce papieru. 
-Super, zaraz to wszystko Pani dowieziemy!- oznajmiła radośnie i już miałam bieg z zamówieniem do kuchni kiedy klientka cicho zachrząkała i zapytała niepewnie :
-A czy...drinki dowozicie? 
Najbardziej rozbroił mnie fakt, że była godzina 14, a zamówienie jechało do dość poważnego urzędu ;p Już chyba wiem, jaką pracę wybiorę po studiach ;)




Co do drinków przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja:
Piątek - dzień straszny i okropny ale każdego pracownika gastronomi- zamówień strasznie dużo, klientów masa, wszystkie stoliki zajęte ... armagedon to przy tym pikuś. Na salę wchodzi grupka młodych ludzi, prawie wyganiają zasiedziałych klientów i jak wygłodniała wataha wilków rzucają się na ich miejsca, których niestety nie starcza dla całej ekipy. Po dość długim tłumaczeniu, że na prawdę nie trzymam po bluzka dodatkowego krzesła na takie wypadki, postanawiają jednak zostać i od razu zapewniają mnie, że nie przysporzą mi roboty- będą sobie siedzieć cichutko w kąciku jak myszki. To dobrze- myślę- bo po drugiej stronie baru masakra jakich mało. Kiedy jednak przychodzę do nich ponownie zebrać zamówienie laseczki przeglądając kartę pytają się:
-Jakiego drinka by Pani poleciła?
Rozejrzałam się po  sali, przeliczyłam ilość ludzi, zamówień, spojrzałam, że zostało tylko 1/2h do zamknięcia i poważnym tonem odpowiedziałam:
-Lecha Lanego.

Przyznam się że trochę laseczce zajęło zanim znalazła go na karcie - pewnie chciała zobaczyć co jest w tym "drinku" :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz