Było słoneczne niedzielne popołudnie. Kruszyn poleciał po świeże bułki, Dzieć leniwie wyjadał kotu karmę z miski, a ja powolutku ucieralam pastę jajeczną. Sielaknę zakłócił mąż wracając z rzeczonymi bułkami.
-Co to jest?- zapytał ignorująć odgłos chrupania dochodzący z kąta
-pasta jaeczna- odpowiadam lekko zdziwiona, że mężol jaki nieobeznany
-to to ja widzę, tylko co ty tak do niej wkrajasz?
-cebulkę zieloną- odpowiadam zgobnie z prawdą kończąc ciachać zieloną część
-ale dlaczego calą! za końcówkami też!?- pyta zbulwersowany porażając mnie wzrokiem, jakby był zagubionym na morzu wędrowcem, a ja podałabym mu błędny kierunek
-a co to za różnica? jak nie mamy zielonej cebulki, to drobno siekam zwykłą i ci nie przeszkadza?
-no tak, ale zwykła to zwykła, a to..
-a to cebulka dymnka -podsuwam dalej nie widząc znaczącej różnicy
-no właśnie! dymnka! to tak jakbyś...- i tu widzę, że Kruszyn usilnie poszukuje porównania, ktore odzwierciedli rozmiar mojej zbrodni- to tak jakbyś powiedziała, że peugeot to samochód!
eh...dobrze, że wszystko mi wyjaśnił :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz