Ogarnia mnie czarna rozpacz. Oczywiście ja wiem, że to troszkę nieodpowiedzialne- obudzić się tak na miesiąc przed ślubem i zdać sobie sprawę, że nie ma się ani sukienki, ani butów, ani dodatków, ani czasu żeby to wszystko upolować. I to wcale nie takie oj tam oj tam jakby się mogło wydawać. Po ściągnięciu brygady kryzys w postaci Ojca, Macochy, Siostry, Świadkowej i Przyszłej Matki Chrzestnej i obleceniu wzdłuż i wszerz centrum handlowego najlepszym wyjściem w dalszym ciągu pozostaje worek na kartofle( ewentualnie- kulka w łeb i zero nerwów). Nie ma normalnych sukienek, nie ma nawet nienormalnych, ale choć trochę odpowiednich... Żarty żartami, ale powrót do domu po trudach i sklepowych bojach był zdecydowanie na tarczy...Oczywiście Kruszyn siedział na parapecie i korzystając z mojej nieobecności kopcił w najlepsze.
-I jak poszukiwania?- i tymi słowami poruszył lawinę szlochów, jęków, fukania i biadolenia, która po pół godzinie skończyła się wysmarkaniem połowy pudełka chusteczek pakowanych po 100.
-...i nawet...nawet.... mój ojciec się już ze mnie nie śmiejeeee...tylko normalnie współczuje! rozumiesz! nawet on już nie kopie leżącego! Kochanie! jestem gruuu-baaaa!
Kruszyn ze stoickim spokojem przytulił, poklepał i dopalił mentola ( to element wielkiego planu zniechęcania się do papierosów).
-To nic kochanie, to nic na pewno znajdziesz tą sukienkę, jeszcze zobaczysz, a poza tym Ty i tak potrzebujesz jej tylko na chwilę.
-No, ale jak to tylko na chwilę?- dziwię się posmarkując w dalszym ciągu
-Bo to przecież biała sukienka, nieprawdaż?
-No tak...
-No to przecież zaraz ją czymś uciapiesz. A wtedy możesz się już przebrać.
W sumie to wychodzi a to, że zna mnie jak nikt. Ale ja i tak wiem swoje! Choćby na godzinkę, ale i tak "Kiedyś Cię znajdę, znajdę Cięęęę".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz