poniedziałek, 3 maja 2010

        W ramach grilla ze Swatami oddaliśmy się jakże chwalebnemu tematowi swobody i nie-swobody w związkach. Oczywiście- jak zawsze przy takich rozmowach- kobiety trzymały swoją stronę, a mężczyźni swoją. Kruszyn wczuł się w role mówcy i donośnym głosem nawoływał do zwiększenia wolności, którą należy się  mężczyznom. Jest to wyjątkowo liberalny człowiek, więc jego poglądy nikogo nie powinny dziwić. Od niepamiętnych lat ofiaruje z radosnym uniesieniem wszelką wolność określonym częściom swojej garderoby- no bo jak ktoś śmie zamykać biedne skarpety w szafce, kiedy mogą korzystać z wszelkich wygód życia leżąc na środku pokoju! - Akurat te jego poglądy popieram całkowicie, bo ze mnie też jest straszny bałaganiarz :) Ale co do swobody w związkach jestem troszkę bardziej konserwatywna. Nie uważam się jednak za jakąś wyjątkowo wredną babę i z pełnym oburzeniem pytam się, czy rzeczywiście mu za mną, aż tak strasznie. Ponieważ wybiłam go z rytmu agitacji spojrzał na mnie jak XVI wieczny kaznodzieja na czołowego heretyka i rzekł z przekąsem:
- No tak, według Was [kobiet] to mężczyzna powinien myśleć w kategorii : ja mam dużo swobody, czasem mogę iść z nią na zakupy. - po czym wrócił żywo do przerwanego wątku.
Niby dobry argument...Szkoda tylko, że na zakupy zazwyczaj chodzę sama, bo Kruszynowi się nie chce. Czyżby dobrowolnie rezygnował z wolności? (Stawiam jednak na małego lenia).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz