wtorek, 30 marca 2010


Od niepamiętnych lat noszę na szyji groszówkę, przebitą i zawieszoną na łańcuszku. Ot, takie symboliczne szczęście, oryginalny talizman. Niestety grosz noszony już od dziesięciu lat wstecz uległ lekkiemu rozkładowi- moje innowacyjne zawieszenie poszło w drobny mak... Płacz był straszny, bo jak na kobietę przystało przywiązuję się do rzeczy. Po pewnym czasie dostałam w prezencie od Kruszyny drugiego grosza. Specjalnie dla mnie wybrał taki nowy i błyszczący, pojechał po wiertło, dostałam nawet nowy łańcuszek. Tylko, że wiertło miało swoje rozmiary, a grosz, jak wiadomo nie jest symbolem wielkości. Mam więc grosza, w którym 1/4 to dziura. Liczą się jednak chęci, i już sam fakt, że mój Kruszyn sam z siebie chciał poprawić mi humor wydaje mi się cudowna.
Pewnego razy wybraliśmy się z Mhrosznymi na rynek, by oddać się alkoholowemu błogosławieństwu po całym długim tygodniu. Siedząc na ławce, bawiłam się moim nowym groszem, co zainteresowało Mhrocznego Pierwszego:
_A co ty masz tu taką dużą dziur? - zapytał spoglądając na moje cacuszko.
- A bo Kruszyn rżnął, a mniejszego sprzętu nie ma niestety...

Nie wiem dlaczego to towarzystwo jest takie monotematyczne o.0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz