
Zdarzyło się kiedyś, że były Walentynki. Upiekłam więc Kruszynce tort, wycięłam z niego kształt serca i ruszyłam śmiało do drugiego miasta, żeby mu ten prezent wręczyć. Niestety w autobusie spotkałam przyjaciółkę, zagadałyśmy się i zamiast w mieście Kruszyny wysiadłam parę wiosek dalej w Szczygłowicach. Kiedy po godzinie brnięcia przez śnieg, który kończył się parę metrów nad moją głową wreszcie dotarłam do Kruszyny, ten nawet nie zdziwił się moim spóźnieniem. "Myślałam, że utknęłaś gdzieś i robisz zdjęcia..." no tak, to akurat było możliwe... W ogóle nie przejął się, że podczas tej wyprawy mogłam zginąć zasypana śniegiem, bądź rozszarpana przez polarnego niedźwiedzia.
Parę miesięcy później wybraliśmy się w góry. Ponieważ zagnało nas w "moje" okolice postanowiłam poprowadzić. Niestety w poowie okazało się, że szlak jest zamknięty z powodu wyrębu drzew. Poszliśmy więc na przełam i w końcu- po dość trudnej i mozolnej wspinaczce - dotarliśmy na szczyt. Niestety, po powrocie do domu nie obyło się bez złośliwych komentarzy Kruszyna.
_No pięknie Pani przewodnik. To był rzeczywiście "zielony" szlak. Te zielone chaszcze...
-Beze mnie to byście zabłądzili jak nic!- odgryzałam się jak tylko mogłam, bo nie mogłam przecież przyznać mu racji - spadlibyście w przepaść. Błądzili przez parę dni bez wody i jedzenia. Napadły by was wilki i niedźwiedzie!
-W tym momencie Moje Kochanie spojrzało na mnie ze śmiertelną powagą i powiedział poważnym tonem:
- Nie kochanie. Wszystkie niedźwiedzie wyemigrowały do Szczygłowic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz